|
Będąc od niedawna administratorem strony Klubu Wędkarskiego "Ukleja" w Olecku bywałem tu i tam, ale przeważnie jako foto-amator robiący zdjęcia do witryny Uklei. Jako że w klubie nie ma karpiarzy wiedziałem,
że szybko na wspólne
wędkowanie nie wybiorę się z kolegami. Ale cóż, jak to mawiają: "Dla dobrego
towarzystwa, to i Cygan dał się powiesić".
No to i ja nie będę gorszy. Postanowiłem, że wybiorę się na zawody spławikowe,
które miały być rozegrane
na kanale Mioduńskim, niedaleko Mikołajek.
Zawody - więc trzeba się przygotować. Na PW rozpuściłem wici o pomoc. I tutaj
chciałbym podziękować wszystkim Kolegom, którzy udzielili mi wielu wskazówek, co
robić, żeby wygrać albo przynajmniej nie zostać
na szarym końcu - wszak technika
"spławikowo-bacikowa" była mi zupełnie obca.
Zaczynamy.
Sobota: godz. 22.00
Wróciłem z ryb, wrzuciłem fotkę z karpikiem do galerii PW i poszedłem do kuchni.
Czas zacząć dozbrajać sprzęcicho. Odmierzam żyłkę 0,12 wg długości bacika (
6-cio metrowy Konger za 27 zł). Przypon 0,10, haczyk nr.16, spławik na rzekę o
wyporności 2g z długim trzonkiem i niewielką antenką. Gotowy komplecik nawinąłem
na drabinkę. Zrobiłem takowe dwa. Do reszty wędek dorobię nad wodą w trakcie
zawodów, tak sobie pomyślałem (pierwszy błąd). Co ja się będę męczył, przecież
jutro muszę wcześnie wstać - a Adalin mówił, że to maraton
i należy się wyspać. Torby popakowane, wszystko przygotowane, można udać się w objęcia Morfeusza.
Budzik w telefonie nastawiłem na godz.4.00.
Niedziela: godz. 4.00
Dryń, dryń - nie zaspałem. Wyglądam przez okno - świta, dosyć widno,
bezchmurnie, wiaterek lekko dmucha. Dobra pora, żeby spokojnie wstać, coś
przegryźć, wypić kawusię i wymusić posiedzenie na "tronie"- nad woda może być
problem.
Moje "słoneczko" przytuptało do kuchni, zrobiło mi kilka kanapek, buziak na
drogę i wymarsz do samochodu.
Wychodzę na dwór i szok. O kurde, ale zimno. Ale słońce na pewno ogrzeje, niech
tylko wzejdzie wyżej - nie będę przecież wracał do domu po sweter (drugi błąd),
chociaż moje kochanie mówiła coś o ewentualnym zimnie. Wsiadam do samochodu.
Jeszcze krótka chwila na ogarnięcie wszystkiego - czy aby czegoś nie zostawiłem
w domu. Szybka analiza. Wszystko jest. Jestem pewien. Tylko, czy aby na pewno?
Godz. 4.40
Ruszam.
Po drodze zabieram kolegów, "weteranów" klubowych. Trasa fantastyczna. Na mecie
licznik wybił 96 km.
Po drodze zauważalna aktywność leśnych mieszkańców. Młode
sarny i stada dzików. Dobry znak dla wędkarzy. Zwierzyna aktywna, to i ryby
muszą brać. Tak było zawsze i to się sprawdza.
Godz. 6.20
Jesteśmy na miejscu, ziąb jak diabli. Sweterek by się przydał. Sama bawełnianka
pod polarem słabo grzeje. Dobrze, że w bagażniku leży lekka ortalionowa kurtka.
Całkiem nieźle zabezpiecza przed wiatrem. Ale czy na długo? Słońce jeszcze nisko
świeci, cienie wydłużone, jak na jakimś koszmarnym filmie. W powietrzu czuć
wiosnę przeplataną zimą.
Spoglądam w lewo.

Kanał Mioduński - cel naszej wyprawy. Dziwny jakiś. Prosty jak ślad
narciarza. Wzdłuż ciągnie się betonowa opaska z licznymi wyrwami. Po prawej jak
i po lewej jego stronie rozciągają się łąki torfowe, z wieloma kretowiskami
(jeszcze wtedy nie wiedziałem, że ziemia z nich uratuje moją zanętę).
Gdzieniegdzie pojedyncze drzewa, parę wierzb, brzózki i jakieś inne, trudne do
zdefiniowania. Kanał czysty od trzcin i innych roślin wynurzonych. Woda zimna.
Uciąg nieznaczny. Mała fala w poprzek kanału. Wiatr północny, przez cały czas
trwania zawodów będzie dmuchał w twarz. Dobrze, że słońce z tyłu, nie będzie
świeciło po oczach.
Dojeżdżają następne samochody. Wysiadają z nich wędkarze, witają się -
misiu-misiu. Czuję się trochę nieswojo. W końcu jestem w tym doborowym
towarzystwie pierwszy raz. Mam nadzieje, ze atmosfera bardziej się rozluźni.
Wszyscy jacyś podekscytowani, ale radośni na twarzy. I ten uśmiech, za który
teraz dziękuję, nie zniknie do końca imprezy.
Wypakowują z aut sprzęt, wiadra z gotowymi już zanętami, wędki, (ale czy to
wędki, jakieś dziwne tuby, szerokie i grubaśne) sita i inne duperele.

Godz. 7.00
Otwarcie zawodów, przywitanie, losowanie stanowisk I-szej tury.
Wylosowałem trójkę na 24 możliwe. - O, brawko - rozlega się wkoło - dobre
stanowisko.
Co w tym takiego ważnego? Toć woda na całej długości taka sama. Nic mylnego
(potem się wyjaśni).
Z prawego boku, stanowisko drugie wylosował kolega, którego
wcześniej nie znałem, a jedynkę "Dziadek" weteran - niedługo kończy 85 lat,
bardzo ciekawy człowiek - skarbnica wiedzy, a pamięta jeszcze czasy, kiedy ryb
było full i nie trzeba było większej filozofii i drogiego sprzętu, żeby łowić
okazy. Z lewej strony stanowisko 4 wylosował młody kolega z koła Ukleja. A więc
znam już swoich najbliższych współzawodników.
Godz. 7.30
Pora udać się na łowisko, ale jeszcze mam czas. Co ja będę tam robił?
Czas rozrobić zanętę zakupioną w sklepie. Wybieram wiaderko, idę po wodę.
Wsypuję różne, gotowe mieszanki na ryby karpiowate, czarna glinka wiążąca oraz
prażone konopie. Pinka zostanie wsypana tuż przed robieniem kul zanętowych.
Wszystko wymieszane, ciemny kolor, łatwo ugniata się w dłoni. Myślę sobie: a co
szkodzi, zapytać się doświadczonych kolegów czy zanęta jest O.K?
Jeden z nich powiedział, że tym glutem, to mogę rzucać w łabędzie w celu ich
przepłoszenia, a nie zwabiać ryby na łowisko.
Hmm. Pomyślałem i przypomniało się, jak Wobler123 mówił coś o sitach,
przecieraniu i coś tam jeszcze. Podszedł do mnie Piotr Kowalewski - wielokrotny
uczestnik Mistrzostw Polski i zawodów Grand Prix, spławikowy Mistrz okręgu itd.
itp.
- Przemoczona - usłyszałem - ale może jeszcze da się uratować.
- Widzisz to duże kretowisko?
- No tak, widzę.
- To bierz wiaderko i idź po ziemię.
Wracam z ziemią. Piotr z jakimś stożkowym wiaderkiem i sitem stoi koło mojej
"zanęty".
- A teraz syp, mieszaj z torfem i przecieraj.
No to sru. Jadę równo, szybko, aż skóra na dłoni się zagotowała. Przydałyby się
rękawice.
Skończyłem. Przyglądam się i nie wierzę własnym oczom. Zanęta potroiła swoja
objętość. Ki, czort - myślę sobie.
- Widzisz, poprzez przecieranie napowietrzyłeś zanętę, zrobiła się puszysta.
Biorę do ręki - kurcze jakaś taka sucha, jak z tego zrobić kulę. Dziele się
uwagą z Piotrem.
Bierze w dłonie zanętę, robi kule i sru delikatnie o glebę. Podskoczyła jak
piłeczka albo pomarańcza i nawet się nie rozsypała.
- Nie martw się - w wodzie będzie ładnie pracować. No cóż, pierwsza refleksja:
zanęta, a zanęta. Niby nic,
a taka różnica. Jak mi się udawało wcześniej zwabiać
ryby na łowisko? Hm…
Godz. 8.10
Wybieram resztę sprzętu. Konsternacja. Gdzie jest siatka na ryby? Oczywiście
została na balkonie po wczorajszej wyprawie na ryby. Pięknie. Ale obciach.
Ale cóż, nie ja jeden czegoś nie zabrałem. Jeden z kolegów zostawił robaki w
lodówce. Mam kilka paczek - dzielę się, a on mi daje zapasową siatkę. Troszkę
mała. Będzie kłopot z wygodnym lądowaniem ryb. Ale lepsze to niż nic.
Idę na stanowisko. Po drodze mijam zawodników. Rozstawiają platformy,
stanowiska.

A po jakie licho taszczyć tyle sprzętu. Potem okazało się, że to wygodne siedziska, z bardzo dobrą organizacją rozmieszczonego sprzętu. Nie będę się rozwodził, ale koledzy wiedzą, o co chodzi.
Wędy nie wędy, kilkunastometrowe,
jakieś rolki-srolki, siaty kilkumetrowe. Woooow.
Dochodzę do stanowiska. Rozstawiam fotelik, podpórki, siatka do wody. Rozkładam
bacik z przypiętym przy samochodzie gotowym zestawem. Gruntuję dno. Dosyć głęboko, Ponad 4 metry, bliżej brzegu dno
nieco się wypłyca. Trzeba uważać z kulami, żeby nie stoczyły się za daleko, bo
moim kijaszkiem mogę nie dorzucić do zanęconego miejsca. Do zanęty dodaje pinkę,
ugniatam kule i czekam na hasło.
Godz. 8.55
Można nęcić. Pięć dużych kul trafia do wody, Rzucam trochę w bok, uciąg jest co
prawda nieznaczny, ale jest.
Czekam. Następne 5 minut, które ciągną się strasznie długo.
Łowimy!!
Biały robaczek na maluśki haczyk i do wody. Patrzę na spławik. Branie natychmiastowe, zdecydowane.
Na haczyku dynda ładna płotka. Potem krąpik i tak w kółko. Leciutko, delikatnie donęcam. Brania nie ustępują. Cały czas drobnica. Przypływa ukleja. Jest na całej głębokości łowiska. Szaleństwo. Jedna za drugą ląduje
w pożyczonej siatce. Jest nieźle - myślę sobie. Co raz zerkam na boki. U innych podobnie.
Trwa wyścig z czasem i odhaczaniem rybek. Ręce się kleją. Dobrze,
że zabrałem ręcznik. Ryba przestaje
brać, na całym kanale. Zanęta do wody.
Zaczynam się nudzić, trzeba coś wymyślić. Może "czerwonego" założę i zarzucę
bliżej brzegu. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Rzut. Jest coś ciut większego. To
tylko większy krąpik. Powtarzam operację - to samo. Trzeci rzut, coś dziwnie się
spławik zachowuje, jakby się lekko wykładał. Spokojnie - myślę sobie, spokojnie
to pewnie leszczyk. Lekkie zacięcie i wędka dziwnie się wygina. Coś dużego
trzyma przy dnie. Stoi w miejscu.
Oj, będzie waga. Przypon 0,10. Spokojnie -
powtarzam w myślach…
C.d.klikaj
Margrab