Z octu...

    Czasem zachowuję się normalnie. Łowię ryby i zabieram je do domu. Robię tak tylko kilka razy w roku. Pozostałe ryby po prostu wypuszczam. Ostatnio parę kilo dorodnych płoci, po sprawieniu nad jeziorem, zabrałem . Sprawdziły się w doskonałym occie przyrządzonym przez moją żonę i zapakowane zostały , a jakże w słoiki.  Lubię rybę z octu, ale nie jakoś szczególnie.  Reszta rodziny również. Mam jeszcze kilka szczupaków w zamrażarce, które czekają aby w formie pulpecików wylądować z rybnej zupie. Jeszcze dorsze z Bałtyku i ciągle filety z Norwegii. Niby ryby są, a jednak… - Oj, zjadłabym jakąś normalną rybkę..- rozmarzyła się niedawno moja żona. Kupiłem więc lina. Był smaczny. Bardzo. Ale to nie to. Jaką normalną rybę, którą mogę złowić, zaproponować, a może i obiecać kobiecie. Normalną, czyli inną niż zwykle łowię. Szczupak, okoń i płoć odpada. Co pozostało!? Na sandacze, w bliżej nie określonej przyszłości, ma mnie zabrać od 20 lat mój serdeczny kolega. Pstrągi, tylko w stawach, karp i karaś to również staw, a tego łowiska wielbicielem nie jestem.  Pozostała ukleja, taka z Hańczy, wielkości pokaźnego śledzia, a także lin i leszcze. Tak, złoty leszcze będzie Idealny.

Wiaderko zanęty, tej zamrożonej jeszcze zimą, chociaż nie wiem w którym roku, ale jak wskazuje suchość zawartej w niej ochotki, raczej dawno. Część mrożonej zanęty wygląda dużo lepiej. Nawet odmrożone białe robaki częściowo wróciły do życia. Do tego świeżutka zanęta, prosto z paczki, wanilia, której zapach rozchodził się po całej ulicy, gdy wmieszałem ją w zanętę. Kukurydza z puszki, mąka i kasza kukurydziana, makaron i coś tam jeszcze. Powinno być dobrze. Leszcze oszaleją. Łowisko wybrałem precyzyjnie. Stok jeziora w miejscu, gdzie kolega Miecio przedwczoraj złowił dwa piękne , złote leszcze na twistera! Zupełnie przypadkiem. To znak, że tam są. Zdecydowanie. Do wschodu słońca jeszcze dobre pół godziny, a już moja łódeczka gna pod elektrykiem na wypatrzone łowisko. Cichutko.

Uwielbiam ten moment, gdy słoneczny krąg, gdzieś tak za chmurkami, wynurza się w całej okazałości. Rozglądam się za zatopionym drzewem, wyznacznikiem łowiska. Jest! Ustawiam łódkę na jednej kotwicy. Teraz wpuszczę drugą… zaraz, zaraz, kotwica nr 2 jest, ale gdzie lina!? No tak, dwie dodatkowe liny zostały w samochodzie. Wiatr słabiutki, właściwie cisza, więc łódka na jednym stopie stoi spokojnie. Wędki przygotowałem podczas płynięcia. Dwie odległościówki, spławiki z jednym mocowaniem, 4+5 gram.  Na jednym haczyku okazała kukurydza, na drugim dwie, ozdobione dendrobeną. No haczyk tam spory, ale przecież to ma być leszcz , a nie leszczyk.  Jedna wędka w lewo, druga w prawo. Głębokość 6,5 metra. Po kwadransie lekki wietrzyk przestawia łódkę, więc ta wędka z lewej, jest na prawej, a z prawej na lewej.  Spławiki ślicznie podskakują na drobniutkiej fali, połyskując czerwoną antenką, w blasku wschodzącego słońca. Mijają minuty. Kolejny raz przerzucam wędki. Przynęty nie ruszone.  Po ponad godzinie, zamiast leszczy przypłynął Jurek. –Jak? – zapytał –Cudnie ! – odpowiedziałem szczerząc radośnie zęby. –Pogoda extra, tylko te leszczyki zupełnie mnie ignorują. To nic, jeszcze dwie godzinki posiedzę , a potem płynę dalej, okoniówki mam już rozłożone.-dodałem. Jurek poczęstował mnie herbatką z malinami i jabłkami. Pogadaliśmy trochę. Brań ciągle brak.

   Nagle, spławik wędki, tej z większym haczykiem, zaczął drgać i przesuwać się. Powolutku skręciłem nadmiar żyłki, gotowy do natychmiastowego zacięcia, oczami wyobraźni widziałem złote cielsko leszcza. Spławik prawie się zanurzył. Prawie. Nie to nie jest to branie, na które czekam trzy godziny. Przy kolejnym zanurzeniu zacinam. Jeeest ! O nie , bez emocji. Jest. Cztero metrowy mitchel, wygiął się na chwilkę. Za kolejną chwilkę mam w dłoni płotkę, taką 20 cm. Jak połknęła dwie kukurydze i okazałego robala nie wiem.  Delikatnie wyjmuję z rybiej wargi haczyk i wypuszczam płotkę. -  Dobra, jeszcze raz zmienię przynęty i jak nic, to ruszam za okoniem - pomyślałem. I tak się stało. Czarny scenariusz leszczowego łowienia sprawdził się niestety. Pomyśleć, że takie duże jezioro i ani jednego leszcza! Hihihihi, bo przecież, gdyby był, to bym go złowił. Na odłożonych wędkach spławiki dyndały się  smętnie.

Trochę zawiedziony płynę  na poszukiwanie pasiastych drapieżników. Z łowiłem ich kilkanaście, jednak magiczne 20 cm przekroczyło tylko siedem. I tak jest pięknie. Może następnym razem będzie lepiej? Bo następny raz będzie z pewnością. I następny również. Łatwo się nie poddam. Wracam do domu. Z nosem na kwintę  wchodzę do kuchni. –Wybacz, nic z tego- oznajmiam żonie i uśmiecham się radośnie . Na stole stoi słój z rybą w occie . Łapię ją bez problemów. Doskonały ocet robi moja żona. Łowny. :)

                 

   J.Arnold Hościłlo

PS. Na zdjęciach płocie, które złowiłem i leszcz, jakiego złowić nie umiałem