|
Pierwsze spojrzenie na wodę...
Jasny gwint!!! Przecież pamiętałem! Przy trzecim kursie z garażu miałem je
w ręku, ale pewnie postawiłem na półce, ładując na plecy kosz wędkarski.
No trudno, nie wrócę. Trzeba sobie radzić. Szkoda czasu. Pomalutku
uwalniam autko od nadbagażu. Na pierwszy ogień idzie zanęta. Duże wiadro
sensasa już zawiera dwie paczki czarnego leszcza, copra, melasa, trochę
wanilii, brasemix, ciemny biszkopt, trochę kleju, bo łowisko jest dosyć
głębokie. Wszystko mieszam i nawilżam, delikatnie. Cały czas patrzę na
gładką taflę wody. W ciepłych promieniach słońca, pierwsze zwiastuny życia
ryb. Oczkuje drobnica. Oho, coś grubszego spławiło się po prawej. Będzie
dobrze. Zanęta gotowa, odstawiona, aby doszła, a ja idę po wędki i kosz.
Cywil, przeszkoda....!
Objuczony, jak dromader wyruszam pokonać, na szczęście krótki odcinek od
samochodu do jeziornego brzegu. Trochę utrudnień na trasie. Najpierw dołek
wykopany, aby nie można było dojechać samochodem, a potem szlaban,
postawiony przez właściciela polanki, któremu wydaje się, że brzeg
jeziora, a może i ono całe jest jego. Z lekkimi kłopotami pokonuję szlaban
górą. To znaczy prawie pokonuję. Minimalne trącenie piętką w pozycji na
jednej nodze, tej słabszej, z przepasanym przez plecy koszem i oczywiście
obiema rękoma zajętymi sprzętem, kończy się tym, czym musi. Ja pie...........czę
Wydobywa się jakby nie z mojego gardła. Leżę w trawie i dopiero teraz
otwieram zdumione oczy. Już wiem, dlaczego odgłos, który wydałem był taki
dziwny. Akurat w miejscu kontaktu mojej nieogolonej gęby z podłożem,
wredny kret usypał kopczyk. I tylko myśl kołacząca w głowie,...
- Jejku, jak wędki, czy nie połamane...? Na szczęście z wędkami wszystko w
porządku. Nogi i ręce również całe. Tylko ten smak w ustach? Kiedyś będąc
dzieckiem bawiliśmy się z kolegami w patriotów. Ten był większym, kto
zjadł więcej polskiej ziemi. - No dzisiaj byłbym nie do pobicia.-
Pomyślałem. Jestem już nad brzegiem. Myję w jeziorze umorusaną twarz i
płuczę usta. Może być. Dopiero teraz zaczynam się śmiać i rozglądam się,
czy ktoś tego nie widział? Ale miałby ubaw. Wszędzie jednak pustka.
|
|
No to zaczynamy!!!
Zanęta prawie gotowa. Dowilżam ją i lepię kule. Po namierzeniu wzrokowo
miejsca, lokuję dziesięć kul w łowisko. Jedna, kładę w miejscu widocznym.
Pracuje aż miło!! Wyciągam wędkę....z ubabranego ziemią pokrowca. Składam
ją, przypinam kołowrotek. Drgająca szczytówka. Montuję koszyczek 10g. Na
hak dwie kukurydze, celny wyrzut w miejsce nęcone i wędka spoczywa na
ustawionych wcześniej podpórkach. Głęboki oddech i oczekiwanie. Mija kilka
minut. Przesuwam delikatnie zestaw. Nic. Jeszcze raz przesuwam. Zaczep.
Delikatnie szarpie, aby uwolnić koszyczek z zielska... Nie to nie zaczep.
Czuję na delikatnej szczytówce czyjeś życie. Mam rybę. Trochę się upiera.
Z zaciekawieniem holuję. Chyba leszczyk? Nie, ładny krąp, pewnie gdzieś
40dkg. Wyjmuję delikatnie haczyk wbity w końcówkę górnej wargi. Słabiutko
był zacięty. Chwila zastanowienia, co z krąpiem zrobić. Przecież
przyjechałem tu na leszcze i ładne płocie. Krąp, przyłów, ale całkiem
ładny... Nie, pierwsza ryba, wypuszczę, to dobry znak. Tak też robię.
Zdziwiony krąp chwilkę stoi niepewnie przy brzegu, lecz za moment,
wdzięczny za darowane życie, majestatycznie rusza w głębiny. Koszyczek
napełniony, na haku trzy kukurydze. Kolejny rzut i oczekiwanie. Teraz
czekam prawie dziesięć minut. Ale warto!! Po delikatnym braniu zacięcie i
hol. Ryba trochę muruje, lecz po chwili daje się wyłożyć na boku. Leszcz.
Średniak, koło kilograma. Przykro mi stary, ciebie zabieram!!- Tłumaczę
zmęczonej walką rybie. Trochę mi go żal, ale przecież człowiek to
drapieżnik. Taka kolej rzeczy. Po godzinie mam jeszcze trzy 25-cio dekowe
płocie. Trochę donęcam i zamieniam koszyczek na ciężarek 7 g. Kolejne
branie , bardzo agresywne i ...nic. -Nowe kukurydze. Branie i nic.
Sytuacja powtarza się kilkakrotnie. Zmieniam haczyk na mniejszy i zakładam
jedną kukurydzę. Branie, zacięcie i nic. Nie jednak coś jest. Wyrośnięta
ukleja!! Nie tego szukam. Zakładam wielki hak i pięć kukurydz. Branie,
zacięcie...jeeest! Ładna ryba. Leszcz. Ponad 1,5 kilo. Za chwilę drugi,
trochę mniejszy.
Hetman......
Dobrze już napalony zarzucam trochę dalej i ponownie z koszyczkiem
zanętowym. Na haku ponownie pięć kukurydz. Dłuższe oczekiwanie. Szczytówka
delikatnie i jednostajnie wygina się , poczym zupełnie prostuje. Co robić?
Drżąca ręka spoczywa na wędzisku. Już miałem naciągnąć żyłkę, gdy
szczytówka ponownie jednostajnie wygięła się w kierunku wody. Szerokie
zacięcie. Oho mam! To jest ryba!! Z trudem zaczynam holowanie. Wędka
jednostajnie pompuje, kołowrotek ze świstem oddaje żyłkę. Holuję,
powolutku odrywam rybę od dna. Nagle, mój przeciwnik obiera bardzo
niebezpieczny kierunek ucieczki!!! Po prawej są zielska i tam postanowił
przenieść naszą walkę. Niewiele mogę zrobić. Jest jeszcze silny, no i z
pewnością duży! Z przerażeniem widzę, jak żyłka już jest skierowana w
wystające zielska. Nie tylko nie to! Jestem w krótkich butach gumowych. W
akcie rozpaczy nie zważając, na to włażę do wody do pasa. Jest zimna,
mimo, że to druga połowa sierpnia. Nic to jednak. Ciągle czuję na wędce
szalejącą rybę. Oddaje jej kilka metrów żyłki. Nie przewidując podstępu,
ryba odpływa na głębszą wodę, opuszczając zielska.
- No teraz Cię mam!- Pomyślałem, chyba jednak zbyt szybko. W miejscu, w
którym nadal do pasa stoję w wodzie, jest duży spad i trochę mułu. Próbuje
wyciągnąć gumiaki z wody!! Niestety dobrze się zassały. Ale już, już jeden
wyciągnąłem, z drugim wielkie kłopoty.
-Kij tam z butem- mówię półgłosem i wyciągam samą nogą, ponownie tę
słabszą... Nie wyczuwając odpowiednio stromego gruntu, ta słabsza noga
wpada w poślizg. Ryba bezpiecznie i coraz słabiej walczy z daleka od
zielska, a ja oprócz walki z rybą toczę bój o równowagę. Czuję jakbym miał
cztery nogi, jakoś mi się poplątały. Namoknięte ubranie, to kolejny
przeciwnik. Nie daję rady tylu wrogom naraz. Jaszcze tylko paniczne dwa
kroki w kierunku brzegu i...Leżę na plecach. Słabnąca ryba momentalnie
wyczuła luz na żyłce i mając z pewnością sporą wyrwę w wardze z łatwością
pozbywa się haczyka. A ja, przeklinam siarczyście( dobrze, że nikt tego
nie słyszał). Wyłażę z wody. Cały mokry siadam na brzegu. Śmiać się, czy
płakać? Jednak się śmieję. Szkoda, pewnie swój rekord leszcza bym pobił.
Zdejmuje mokre ubranie. Wracam po gumiaka, którego teraz bez trudu
wyciągam. Słońce już wysoko, na szczęście pięknie świeci. Płuczę, wyżymam
ciuchy i rozwieszam je na krzykach. Narobiłem tyle hałasu, że nawet głuche
leszcze panicznie uciekły, tak, więc o dalszym skutecznym połowie mogę
zapomnieć.
Jestem jednak szczęśliwy. Przyglądam się rybom w siatce. No, no, piękny
połów. Trzy ładne leszcze, kilka krąpi, kilkanaście płoci. Mniejsze ryby
wypuszczałem od razu. Wrócę po nie za trzy lata. No i oczywiście po
swojego Hetmana, jak nazwałem leszcza, który mnie wykąpał. Sortuję
zdobycz. Krąpie, jako mało atrakcyjne kulinarnie, wracają do jeziora w
komplecie i w dobrej kondycji, ponieważ mam długą i szeroką siatkę.
Mniejsze płotki również. Zabieram tylko? (Aż!) trzy leszcze i 8 płoci,
takich powyżej 20cm. Ryby pływają spokojnie w siatce, nie przeczuwając
zbliżającej się śmierci... Ja zaczynam pakowanie. Wędka jednak jeszcze raz
zarzucona ląduje na podpórkach. Składając manele, myjąc wiadra, co chwilkę
z nadzieją, spoglądam na szczytówkę. Braanie!! Jestem tylko w gaciach i na
bosaka, więc sprawnie niczym, pracownik BORU rzucam się do wędki i
zacinam! JEST! Początkowy spory opór, szybko maleje. Wyciągam sporego
krąpia, jakby ten sam, który przywitał mnie dzisiejszego ranka. Patrzę mu
głęboko w oczy, po czy wypuszczam.
Pora wracać.....
To koniec na dzisiaj. Składam wędkę, aby nie kusiło. Prawie jedenasta.
Ubranko podeschło na, tyle, że bez krzyku można je włożyć. Uśmiercam
przewidziane na patelnię ryby. Ponownie odzywa się we mnie najpierw
litość, a następnie zew drapieżnika. I tylko nieodparta myśl i wspomnienie
Hetmana!!! A tak było blisko. Mam, po co tutaj wracać. Wkładam do
samochodu sprzęt, przesuwając leżące spokojnie spinningi, żywcówki i takie
tam inne, niezbędne rzeczy. Jeszcze tylko rzut oka na odcisk twarzy w
kopcu kreta, uśmiech i do domu. Aha, telefon do Żony! Halo, kochanie,
właśnie wracam. Jak? Mam, co opowiadać, a i pochwalić się także mam, czym.
Dumnie oznajmiam głosem Wilhelma Zdobywcy!!!!
Wielka Wyprawa, rzeczywiście była wielka i bardzo udana. Jestem bardzo
zadowolony!
No i po powrocie wypuszczę do ziemi rosówki, które przed wyjazdem
zostawiłem w garażu. Czy na taka przynętę byłoby lepiej? Nie ma, co
rozmyślać, tylko spokojnie przygotowywać grunt pod następną wyprawę!!!
|