Późny początek.

 

 

 

            Sezon wędkarski trwa cały rok. Łowimy z brzegu , z łodzi, z pomostu, z pontonu, no i z lodu. Najczęściej łowienie z lodu rozpoczynam przed Bożym Narodzeniem, tuż po Bożym Narodzeniu, często nawet w listopadzie, najpóźniej na początku stycznia.  Ale żeby po 20 stycznia kombinezon ciągle grzecznie leżał w pokrowcu, a mormyszki i mini wędeczki nie były świeżo powiązane jeszcze nie było ?! A tak jest w tym roku. Przyczyn kilka, a najważniejsza jest związana z brakiem odpowiedniej pokrywy lodowej. Zima, ech zimy ciągle nie ma. Z jednej strony dobrze, jest po prostu taniej, ale w naszym regionie kraju w styczniu powinien być mróz. I śnieg, dzieciakom, do zjeżdżania choćby na tyłku.

 Mróz jest, powiedzmy szczątkowy, jednak okazuje się, że są zbiorniki pozwalające na bezpieczne ściganie ukrytych pod lodem rybek. I na takie jezioro wybrałem się z kolegami 24 stycznia. Śniegu trochę spadło. Leciutkie minus trzy.

Za oknem cudnie biało . Pogodna fajna. Wracając do jeziora, zbiornik morenowy, 97 ha, długość ponad dwa kilometry, maksymalna szerokość to 570 metrów . Głębokość maksymalna to zaledwie 5,3 m. Rybostan, cóż, się zobaczy.

Wiem tylko tyle, ze w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jezioro nie było udostępnione wędkarzom.

I że było dużo węgorza, karpia i sandacza.

 

Dzisiaj to dla mnie zagadka. Tuż przed siódmą Jurek zbiera załogę do zielonego opelka. Ja obok Jurka, kierowcy. Z tylu Krzyś i Janusz. On wsiadał jako ostatni, więc chwilkę przed domem czekał na nas. Odstrojony w nowiutki kombinezon, pachnący jeszcze fabryką, wsiadając mruknął coś o zimnie. Rozbawiło to nas, bo przecież temperatura blisko zera. Po kilkunastu minutach jazdy, Janusz ponownie wspomniał, że mu zimno.  Jednocześnie opowiedział, jak pani sprzedająca kombinezon zapewniała jaki to ciepły ubiór.

Tak ciepły, że praktycznie nie ma potrzeby wkładania niczego poza cieniutką bielizną.

–A wy wkładacie coś pod kombinezony? – spytał lekko zaniepokojony Janusz.

Spojrzeliśmy na siebie. – No trochę tak. Po za bielizną oddychającą ze dwie bluzy, czasem bezrękawnik, kalesony, rajstopy, dresy…- wyliczył Krzysiek.

–To chyba rozumiem, dlaczego jakoś chłodno, ja nic nie włożyłem, przecież kombinezon taki ciepły- smutno powiedział Janusz.

 

Może to niezbyt ładne, ale  drwin nie zabrakło. 28 km ,po ekstremalnie śliskiej drodze zleciało szybko. A w dodatku te widoki. Przecudnie uśnieżone drzewa. Kto nie widział takiego świtu niech żałuje. Mimo, że dzień wstał zaledwie przed dwoma kwadransami, przy drodze nad jeziorem już kilka samochodów, a na lodzie kilku, może nawet kilkunastu wędkarzy . Wchodzimy na zaśnieżoną , piętnastocentymetrową taflę. Janusz również. Rozgrzał się .

Szybka decyzja, że idziemy tam, gdzie nikogo nie ma. Czysty teren, bez wyciśniętej przez śnieg wody. Wiercimy po kilka otworów.

Trochę zanęty i do roboty. Krzyś spławikówką, ja „ jonasówką” Jurek z Januszem wędki z kołowrotkiem.

 

 

Są ryby. Płocie , takie patelniaki, między 18, a 21 cm. Nie większe, ale i nie mniejsze. W ilości zadowalającej.

Nawet bardzo. Janusz również łowi. Jest gorąca herbata, więc się rozgrzewa. Wierci kilkanaście otworów wzdłuż trzciny, licząc na okonie, ale chyba bardziej na ciepełko pod kosmicznym kombinezonem.

Pomaga. Na trochę.

Kolejne płocie, z kolejnych otworów trafiają do wiaderek. Po kilku godzinach, wiaderka zapełniają się. Cudnie. Biało, cicho, bez opadów, ciepło, no nie wszystkim….Jezioro dało nam to, czego pragnie podlodowy wędkarz. Bezpieczny lód i sporo ryb. Jasne, że każdy chciałby przeżyć emocje z kilowym okoniem, ale to nie dzisiaj i chyba nie koniecznie na tym jeziorze. Wracamy bardzo zadowoleni do auta , gdzie od dobrych trzech godzin rozgrzewa się Janusz.

Najważniejsze, że mimo kapryśnej zimy, lód wystarczająco gruby. Fajne jezioro. Chyba nie podałem jego nazwy… e tam, traficie, jeżeli  będziecie bardzo chcieli.

                                                                                                                 jerzyk