A się pochwalę, czyli maj szczupakiem stoi

 

1 maja 2009
Kiedyś to były święta majowe! Nawet obowiązkowe pochody nie były w stanie zniszczyć cudnych smaków lodów bambino, w które trzeba było dmuchnąć, aby zdjąć papierek. No i ta mandarynka..., nie, nie owoc, o takim owocu niewielu wiedziało, że istnieją, ale ta mandarynka z butelki. Wyższa sfera, droższa od oranżady. Wspominamy te czasy z rozrzewnieniem, dlaczego? Proste, młodzi byliśmy...bardzo młodzi...


Dzisiaj 1 maj to.... wielkie narodowe lenistwo. Pochody urządzają jedynie „socjalistyczne skamieliny” chociaż to przecież święto ludzi pracy. W wiecach, spotkaniach, festynach niewielu ma ochotę uczestniczyć.

Obecnie 1 maja to najczęściej działka, ogródek, grill, kiełbaska, browarek, ekstremalnie, spacerek, przejażdżka rowerowa. Ale jest coś co przetrwało próbę czasu!

Otwarcie sezonu spinningowego!

Kiedyś wędkarze ruszali na jeziora po pochodzie, o ile były jeszcze ku temu siły. Dzisiaj mamy dużo lepiej .

Od świtu można wyruszać na szczupacze łowy. I tak też robimy. Koło Okoń , od wielu lat inicjuje sezon spinningowy na rzece Biebrza. Nie wiem, co jest takiego w tej rzece, bo przecież nie ryby, o które coraz trudniej , że kusi, nęci, przyciąga. Ale tak właśnie jest z Biebrzą.

 

 

Ma jakiś tajemny dar, magiczne przyciąganie. Może dlatego, że w okolicy innych rzek nie mamy? A może opowieści o dawnych sumach i ogromnych szczupakach, zamieszkujących dawniej rzekę? Owszem, obecnie również trafiają się pokaźne szczupaki i ślicznie ubarwione okonie, ale jak to zwykle bywa, albo pogoda marna, albo poziom rzeki drastycznie opadł, albo faza księżyca przyjazna raczej wampirom a nie wędkarzom. Zawsze jakieś wytłumaczenie kiepskich połowów się znajdzie. W tym roku, a jakże, silny, porywisty wiatr, mocno obniżony poziom wody , no i księżyc właśnie wszedł w gorszą fazą. Szczupakom jednak, przynajmniej tym trzem, które złowiliśmy oraz dwudziestu okoniom to nie przeszkadzało. Wielkich zębaczy nie było, takie trochę ponad kilogram.

Zawody wygrał Grześ Makowski, który swojego szczupaka podparł na wadze 4 okoniami. Było jednak fajnie. Słoneczko, oczywiście grill i kiełbaski również. Za rok pewnie znowu się na Biebrzę wybierzemy, magia działa.

 

 
 

3 maja 2009 niedziela.

 

W niedzielę ryby nie biorą. Żart, ale często się sprawdza. Zaprzyjaźnione Koło  w Suwałkach zaprasza nad prześliczne jezioro Selment. Oj tam to będę szczupaki!

Plany snuliśmy już podczas Biebrzńskiej wyprawy. W zeszłym roku na takich właśnie wiosennych zawodach na jeziorze Selment padło kilkanaście zębaczy, a największe miały dobrze ponad 4 kilo!!!

Pojechaliśmy więc. Piątka z Olecka i cała rzesza wędkarzy suwalskich Razem 35 osób. Woda przywitała nas zupełną ciszą. Wiatr szalejący jeszcze wczoraj ucichł prawie zupełnie.

Ja pływałem z Jurkiem. Świetny wędkarz, fajny facet i wybitny specjalista w połowie szczupaka. O sukcesie byłem więc przekonany. Rozpoczęliśmy od południowej, płytkiej zatoki. Tak , pewnie tam woda się nieco ogrzała i wylegują się na słońcu szczupacze cielska.

Rzeczywiście. Zatoka malownicza, cudowna. Tylko szczupaki nas zawiodły. Ale był prześliczny źrebak na łące. I tyle z tej zatoki. W przeciwległym końcu jeziora jest takie wypłycenie, górka.

Tam właśnie 90 % wędkarzy poszukuje ryb. I tam właśnie je łowią. Dopłynięcie zajęło nam prawie dwie godziny. Oczywiście po drodze zatrzymywaliśmy się kilka razy .

 

 

 

Jedynym sukcesem była obserwacja kolegi , który właśnie złowił szczupaka. A jednak biorą, przebiegło przez głowę. Podwójnie zmotywowani zmieniamy  przynęty i wykonujemy kolejny i kolejny i tysiąc kolejny rzut. Efektów nie widać. Pogoda jest prześliczna. Nasze blade ciała wystawiamy na działanie majowego słoneczka. Z daleka obserwujemy, że jednak na bankowym miejscu padły jakieś szczupaki. A my nadal bez brania.

I tak pozostało. Okazało się, że zajęliśmy ...5 miejsce, bo z rybą wróciło zaledwie tylko 4 wędkarzy.

„Za wcześnie” zgodnym chórem orzekli podczas konsumpcji kartaczy wszyscy wędkarze.

Tak. Lód tego roku bardzo długo skuwał jezioro i wiosna przyszła nieco później. Ryby nie patrzą w kalendarz. Reagują na temperaturę wody , a ta była jeszcze bardzo zimna.- Ale za to żarcie tutaj jest bardzo dobre- stwierdził jeden z kolegów- I ja Tutaj znowu przyjadę.  My pewnie też, chociaż.....

 

Po niepowodzeniach pozostał spory niedosyt. Owszem, pogoda, towarzystwo, żarcie wszystko było ok., ale jednak....Cały wieczór opowiadałem Żonie jak było i dlaczego ryby słabo żerowały.  – Skoro mówisz, że w dużych jeziorach szczupaki jeszcze nie żerują, to pojedź na małe i płytkie jeziorko!! -  z ciepłym uśmiechem na ustach stwierdziła Małżonka.

Mądrego to przyjemnie posłuchać , jak mawiał Kazimierz Pawlak.

 
   

4 maja 2009  Poniedziałek

 

Mój dzień pracy jest nienormowany. Zaczynam przed piątą. Są sprawy ,które muszę bezwzględnie wykonać, ale są tez takie, które mogę wykonać później. Uwijałem się od rana szybciej niż zwykle. Miałem cel.

Jadę. Żona zawsze wie co mówi, a skoro mówi że na małe jeziorka, to mam takie w zanadrzu.

Trochę zapomniane przez wędkarzy, to bardzo dobrze. Nie lubię tłoku. O 12 jestem spakowany.

Dwadzieścia kilka kilometrów to bardzo blisko. Trochę miejsce wodowania łódki kiepskie, a mój wysłużony samochodzik nie ma dwóch napędów , ale jakoś przyczepkę po zwodowaniu łódki wyciągnąłem.

Jak wyciągnę łódkę. Później będę się tym  martwił. O pierwszej jestem na wodzie. Śliczna woda.

Pierwsze rzuty i tak jak na Selmencie. Zmieniam przynęty.

Bez rezultatu. Szukam ryb w przybrzeżnych trzcinach i wśród pływających grążeli. Co chwilkę zaczep, jednak żaden nie chce ożyć. Dopływam do rozległej zatoki. Pod łodzią mam 3 metry wody. Zakładam kolejną przynętę. Tym razem to woblero-guma, przypominająca kiełbika. Nigdy nic na takie przynęty nie złowiłem. Rzut w stronę brzegu na płyciznę, wśród liści grążeli. Wolno zwijam. Oj zaczep, ale takie jakby pyknięcie. Zacinam natychmiast i... jest! Wędka ożywa! Mam szczupaczka! Oczywiście rączka podbieraka nie jest przykręcona.

Podprowadzam rybę do łodzi. Nie jest wielka ale z pewnością wymiarowa. Spokojne lądowanie do łodzi.

Żyłka 0,14. Mam  go, pierwszy szczupak w sezonie. Oglądam zaczepionego na wędce sztucznego kiełbika. Spodobał się . Dobrze. Rzucam trochę bardziej w stronę otwartej wody. Ledwie zapiąłem kabłąk i już czuje energiczne uderzenie! Cięcie! Siedzi! Oooooo! Ładna ryba. Bardzo ładna.

Opatrzność czuwała. Szczupak odpłynął na jezioro.  Na szczęście nie zapomniałem o hamulcu kołowrotka.

Jest perfekcyjnie ustawiony więc nawet cienka żyłka radzi sobie  doskonale. Kijek skutecznie amortyzuje odjazdy szczupaka. Podprowadzam rybę pod łódź. Rany ale sztuka! Jestem zadziwiony. Wiedziałem , że są tu szczupaki, ale że aż takie? Serducho wali, a ja swoim delikatnym podbieraczkiem , już z przykręconą rączką zagarniam pięknego szczupaka. Jest w łodzi! Jest mój! Zakręcił się w łódce tak skutecznie, że obie kotwiczki mojej przynęty popękały. Dobrze że dopiero teraz. Dłuższą chwilę patrzę na moja zdobycz. Ile ma ? Cztery kilo? Nie tyle nie ma, za chudy. Przykładam miarkę. 74 cm. No niezły!

Telefon do Żony! Kochanie mam rybkę !!! Jestem szczęśliwy. Łowię jeszcze ponad  godzinę co chwile spoglądając do siatki. W końcu urywam swoja szczęśliwą przynętę. T

o znak, że pora  do domu.  Ważę szczupaka. Równo trzy kilogramy.

Pewnie, że to żaden okaz, ale dla mnie, basior i już! 

   

 

8maja 2009 piątek

 Wielkim łowcą szczupaków nie jestem i nie mogę pochwalić się dużymi rybami. No może te złowione w Szwecji, ale to inna para kaloszy. Na wielkie jeziora mazurskie, Mamry, Śniardwy, Niegocin koledzy nie chcą mnie zabrać, a na jeziorach , na których łowię okazałe szczupaki nie są częstą zdobyczą. W dodatku łowienie bez efektów, a nawet kontaktów, co w przypadku polowania na szczupaki jest rzeczą częstą, szybko mnie nudzi , więc najczęściej po kilku rzutach zamieniam wędkę na okoniową wklejankę i ścigam pasiaki. Tak naprawdę, to jeszcze kilka lat temu spinning uważałem za nudną i monotonna metodę połowu. Ot rzucam i kręcę i może coś się zawiesi. Dzisiaj tak nie uważam. Dzisiaj dla mnie spinning to wyższa szkoła jazdy .

Po złowieniu trójki wytrzymałem trzy dni. A właściwie to praca utrzymała mnie w ryzach.

Piątek jednak , tak jak poniedziałek zaczyna się na „P”, więc Potwornie Potężne ryby Powinny Pobierać Pokarm! Jestem przesądny i często szukam niekonwencjonalnych sposobów mobilizacji i tłumaczenia.

Porażka również jest na „P”, ale o tym nie myślałem.

Podobnie jak poprzednio, około  trzynastej już łowię. Tym razem płynę w miejsca , gdzie poprzednio szczupaki były. 

 

 

Dobrze zrobiłem. W pierwszej zatoce łowię dwa, ale krótkie. Troszkę są obrażone za drobne skaleczenia, ale bez większych uszkodzeń wracają do wody.

Kolejna miejscówka, przy kładce. Mam pobicie ale nie zacinam. Rzut w to samo miejsce, ale inną przynętą i siedzi. 50cm. Tego zabieram . Tak trochę z mieszanymi uczuciami dopływam do mojej zatoki.

 

 

Jest zupełnie cicho. Nie stawiam kotwicy. Na wędce dynda gumowy okonek. Tym razem żyłka grubsza.

Nowiutka dwudziestka. Trzeci rzut w grążele daje tańczącego na ogonie szczupaczka. Mały, ale urośnie, może złowię go za dwa lata? Lekki wietrzyk odsuwa łódkę nieco na jezioro. Rzucam głębiej, wzdłuż spadku , daleko, bardzo daleko. Przynęta opada na dno. Lekko podciągam i czuję silne uderzenie. O rany znowu duża ryba!

Już serce mi wali! Czuje na wędce poważnego przeciwnika. Szczęście że grążele są trochę dalej- pomyślałem. Zrobiłem to w złym momencie. Szczupak nie patrząc na moje histeryczne wymachy z impetem płynie do brzegu rozwijając z kołowrotka żyłkę. Właściwie nic nie mogę zrobić. To ryba dyktuje warunki. Wbiła się w grążele. Nawet jej nie widziałem. Tak przez chwilę stoimy. Ja w łódce z naprężoną wędką, a on w liściach grążeli. Co dalej ?: Próbuję ruchem wędziska sprowokować rybę do wypłynięcia. Udaje się! Niczym kosa, żyłka tnie pojedyncze łodygi.  Mój przeciwnik popełnił błąd. Wypłynął na jezioro. Mimo jego protestów, udaje mi się podciągnąć rybę do łodzi i konsternacja!? Ale sztuka! Spojrzałem na mój podbierak. Ha płotki i leszczyki na zawodach to nim wyjmowałem ale takiego szczupaka!? Nie mam wyjścia , próbuję.

Ryba jest trochę zmęczona. Przez ułamek sekundy leży spokojnie na wodzie. Tyle mi wystarcza aby ogon ryby umieścić w podbieraku. Kolejny ułamek sekundy i kolejny błąd szczupaka. Zawija się jak węgorz i wbija wielkim łbem w siatkę podbieraka.!

Teraz – wrzeszczy we mnie jakiś instynkt. Płynnym ruchem wędką , podbierakiem i ręką ( nie wiem skąd nagle mam trzecią rękę?) wrzucam rybę do łodzi. Sam w to nie wierzę, ale się udało! Mój przeciwnik prawie pokonany. Prawie, bo jeszcze kilka razy próbuje wywinąć się z siatki połamanego podbieraka.

Nie pozwalam na to.

 

 

Nie jestem w stanie określić wielkości ryby.

Duża, bardzo duża. To wiem na pewno. I ponownie dzwonię do żony.

- Nie uwierzysz, mam szczupaka jeszcze większego niż poprzednio i to dużo większego!- nie kryję zadowolenia. Co za zatoka- przechodzi mi myśl przez głowę . Obławiam ja jeszcze pół godzinki. Nic. Wracam. Jeszcze tylko dwa małe szczupaczki łowię przy zachodnim brzegu jeziora i dopływam do miejsca wodowania. Spotykam wędkarza. Z wielka dumą pokazuję Mu swoja zdobycz. – No pięć kilo ma- stwierdza kolega.

W duchu myślę, że jednak więcej. Mierzę szczupaka! Równiutko 90cm!

 

 
Robię zdjęcia ..
 

 

... i do domu.

Ale ryba. W domu ważę szczupaka. 5, 70 kg. Oj, pewnie nie szybko złowię większego.

Ale przecież nigdy bym nie uwierzył że takie ryby złowię u progu sezonu.

Nie wiem, czy to tylko dobry początek czy może już szczyt wyników na ten sezon. Wierzę , że jednak jeszcze coś większego złowię. Trzeba wierzyć i trzeba próbować!

                                                                                                               Jah