| Główna | Klub| Galeria | Kontakty | Linki | Artykuły |


 

 

Metr z metra

 

Na ten maj czekałem wyjątkowo. To przecież miesiąc zakochanych. .A ja zakochany ciągle jestem. No i rybki są zakochane.
 Wyjątkowo ostra, śnieżna i lodowa zima, w kwietniu cichutko odeszła. Tak po angielsku. Śnieg zniknął tajemniczo, a gruba pokrywa lodowa niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki uwolniła wody jezior. Odbyło to się to w tym roku wyjątkowo spokojnie. Żadnych podtopień.
 Sezon wędkarski najczęściej rozpoczynam rzecznym łowieniem płoci. Każdy, najmniejszy nawet ciurek, przy ujściu do jeziora, ściąga w swoje wody zakochane płocie. Jeszcze przed ustąpieniem lodów, ryby te ruszają na tarło. Trwa ono zazwyczaj kilka tygodni. Płocie praktycznie zaraz po odbyciu miłosnych godów, rozpoczynają żerowanie. Przecież po wyczerpującej pracy, związanej z przedłużaniem gatunku, każda płoteczka pragnie szybciutko wrócić do pełnej kondycji i błyszczeć urodą. Trochę to mało eleganckie, ale wtedy właśnie z łatwością udaje się skusić przytępione nieco ryby smakowitym robaczkiem. Warto jednak dać rybkom spełnić rodzicielski obowiązek i swoje łowienie rozpocząć dopiero gdy rybki złożą ikrę. Cóż, to człowiek jest na końcu łańcucha pokarmowego. Spławikówka na rzece to jednak dopiero przygrywka przed właściwym rozpoczęciem sezonu. Od pierwszego maja łowimy już łodzi, no i co najważniejsze, naszym celem może być król drapeżników naszych wód Esox esox czyli szczupak. Wprawdzie wyginięcie temu gatunkowi nie grozi, jednak jego pogłowie w stosunku do np lat siedemdziesiątych wyraźnie zeszczuplało. To zła wiadomość. Dobra jest taka, że w porównaniu do okresu z przed 5 lat, szczupaków gdzie niegdzie jest jednak więcej. To efekt zarybiania. Niektórzy dzierżawcy i właściciele jezior zauważyli niezły interes, jaki można zrobić na pasjonatach moczenia kija. Zaopatrzyli swoje łowiska w zębate drapieżniki. Dotyczy to jednak niestety najczęściej małych, stawowych łowisk. Wprawdzie czasem w takim łowisku pijawka przyssie się do nogi, ale to przecież na zdrowie! W jeziorach, szczególnie poddanych dużej presji wędkarskiej i przede wszystkim rybackiej jest zdecydowanie gorzej. Owszem łowimy szczupaki i na Olecku, i na Jaśkach, i na Sedrankach, i na Bolestach i praktycznie na wszystkich jeziorach. Łatwe to jednak nie jest, chociaż przecież co przychodzi w trudzie , smakuje najlepiej. Tutaj kamyczek do wędkarskiego ogródka. Nie, nie kamyczek, kostka polbrukowa. Drodzy wędkarze. Nie narzekajcie na rybaków, skoro sami nie jesteście bez grzechu. Wypuszczenie 5 żywcówek z łodzi, zacinanie dopiero jak szczupak głęboko połknie przynętę, co wyklucza możliwość uwolnienia swojej, często niewymiarowej zdobyczy, to działania szkodliwe, a nawet podłe. No i te szamoczące się w siatkach 40 centymetrowe szczurki, bo szczupakami tego nazwać nie można. I limity. Trzy ryby dziennie to wystarczająca ilość. Można przecież łowić i wypuszczać. Stosujmy się do zasad, a wtedy z hardym czołem będziemy mogli zarzucać rybakom rabunkową gospodarkę. Najlepiej, aby i tego nie było. Świat jednak nie jest przecież doskonały.
 

Na ten maj czekałem wyjątkowo. To miesiąc zakochanych. A ja w ubiegłym roku zakochałem się w łowieniu dużych szczupaków. Trudna to miłość. Ale jaka piękna. Pierwszomajowa wyprawa nad Biebrzę przyniosła mi wprawdzie zwycięstwo w zawodach, jednak złowiłem tylko kilka pięknie ubarwionych okoni. Szczupaczek był, ale 44 cm. Kazałem mu porzucić dietę, tłusto się odżywiać i umówiłem się z nim na spotkanie za rok. Drugi maj to całkowity relaks. No nie całkowity, bo przewietrzyłem torby z przynętami, naładowałem akumulator, sprawdziłem wędki i przyczepkę podłodziową. Wszystko ok!

Noc krótka jak w czerwcu. Delikatne śniadanko, kawa, wspomnienia z przed roku. O szóstej byłem już nad jeziorem. Trochę zaniepokoił mnie zniszczony dojazd do wodowania łodzi.
Z pomocą przyszedł jednak biwakujący opodal wędkarz.
 - I jak ? - zapytałem
-Kicha - odpowiedział i na tym właściwie moglibyśmy zakończyć rozmowę.
Pogadaliśmy jednak jeszcze przez chwilę. O tym , że ryb mało, że wiosna spóźniona, że zimno i dlatego nie biorą. Taki wędkarski standard. Oczywiście wspomniałem mu o swoim 90-cio centymetrowym szczupaku z ubiegłego roku. I o swoich planach złowienia jeszcze większego. Hihihihi, ciekawe co pomyślał, bo minę miał jakby troszkę wesołą. Załadowałem cały majdan na łódkę i mijając wędki biwakującego kolegi ruszyłem na jezioro. Silniczek cichutko burczał , łódka sprawnie pokonywała leciutkie zmarszczenia wody, a ja rozwijałem wędki. Dwa spinningi. Jeden z plecionką , kołowrotek drugiego zaopatrzony w żyłke 0,22 mm. Wystarczająca. Przecież w ubiegłym roku łowiłem na 0,16, a nawet o.14 mmm! Liczne zaczepy, grążelowe liście wystające już ponad lustro wody, a także grube korzenie nauczyły mnie jednak stosowania nieco mocniejszego sprzętu. Mijając mniej ciekawe fragmenty jeziora, próbując w kilku miejscach bez efektu, ale i większego przekonania, popłynąłem w zatoczkę, która w ubiegłym roku tak gościnnie mnie przyjęła. Zakotwiczyłem łódź, aby spokojnie obłowić cały teren. Raz przy razie, raz przy razie obrzucałem zatoczkowe wody. Zmieniałem przynęty i sposoby ich prowadzenia. Coś jednak było nie tak. Dręczyło mnie to od początku. Po godzinie biczowania już wiedziałem. W tej zatoce szczupaków nie ma. Jeszcze nie ma, bo że będą byłem pewny. Data prawie identyczna, jednak pokrywa lodowa dłużej niż w ubiegłym roku otulająca jezioro nieco opóźniła wiosnę.

 

 

Opuściłem zatoke i ruszyłem na rozległe płycizny. Woda ciemna, głębokość od 1,8m do 0,5 m. Liczne liście i korzenie. Na wędce gumowy woblerek. Jeden , drugi , trzeci. Nic. Żadnego życia, żadnego kontaktu. Rozsiadłem się i zacząłem analizować. Obejrzałem dokładnie przynęty , na które łowiłem. Na ogonku gumowej płoci zauważyłem ślady jakby zębów. Przypomniałem natychmiast, że dwa razy po delikatnych puknięciach przycinałem, ale bez efektu, więc uznałem, że to kolejne roślinne przeszkody, ustawione przez naturę na drodze mojej przynęty. – A może jednak to były skubnięcia?- przeleciało mi przez głowę. Ogonek przynęty jaskrawoczerwony. Woda bardzo ciemna. Przypomniałem sobie o wirówce knapa, zbój się nazywa. Okazały jaskrawy chwościk na kotwiczce, Ostro pracująca pofalowana łopatka. Przeciągnąłem dwa razy przy łódce. Pięknie pracuje. Rzuciłem spinningiem z plecionką pod same liście. Nic. Drugi rzut, wzdłuż dywanu z grążeli. Prawie metr wody. Pobicie nastąpiło po chyba czterech obrotach korbki kołowrotka. Porządne pobicie. Od początku wiedziałem , że ryba jest duża. W lewo, w prawo, znowu w lewo. Plecionka wysnuwała się ochoczo, wędka skutecznie amortyzowała uderzenia ryby. Po minucie już widziałem swojego przeciwnika! – Jezu, chyba metrówka ! – pomyślałem i zamarłem. Spojrzałem na swój oczywiście nie rozłożony płotkowy podbieraczek. W ułamku sekundy przypomniałem sobie , jak przed wyjazdem oglądałem zakupiony w ubiegłym roku prawdziwy szczupakowy podbierak. Solidny, głęboki, mocny.
 I przypomniałem swoje myśli: - E, nie biorę tego, ryby dużej nie będzie, a odkąd kupiłem ten podbierak, dużego szczupaka już nie złowiłem. Znaczy pechowy jest - tak, podbierak został w domu. Jedną ręką trzymając zaginaną przez szczupaka pod łódke wędkę, drugą wkręcałem w rączkę siatkę. Nie wiem jak tego dokonałem. Nie wiem dlaczego szczupak nie machnął w tym momencie pyskiem i nie uwolnił się z małej kotwiczki. A już zupełnie nie wiem jak zmieścił się do siatki i jak wciągnąłem go na rękach z zagiętym podbierakiem do łódki.

 

 

  Ale wszystko to udało mi się ! Szczupak był mój. Bardzo powoli opadały emocje. Nadal nie mogłem uwierzyć, że udało się . Los mi po raz kolejny sprzyjał. I jak nie kochać takiego łowienia. Oczywiście do końca łowienia już tylko wirówka była moja przynętą. Dołowiłem jeszcze dwa półmetrowe i z takim kompletem ruszyłem w drogę powrotną. Oczywiście obrzucałem jeszcze zatoczkę i złowiłem na sprawdzona wirówkę szczupaczka, ale był mniejszy od posiadanych już ryb, więc podobnie jak ryba z Biebrzy dostał zadanie urosnąć i zjawić się za rok.
Kolejny raz przekonałem się , jak wiele może znaczyć przynęta. Warto je zmieniać.
Po zmierzeniu i zważeniu okazało się że szczupak miał 96 cm i 6,20kg. Mój rekord. W pierwszej wyprawie w roku . Pięknie, ale trudno będzie ten metr osiągnąć. Mam jednak sporo czasu. Poczekam, wiem , że warto. Ha, prawie metr szczupaka z prawie metrowej wody. Gdyby stanął na ogonie, pysk sterczałby z jeziora! Teraz będę łowił głębiej. Tak z metr dwadzieścia, może taki jak głębokość mi się trafi. Pozdro
Jah

 

 

Olecki Klub Wędkarski - UKLEJAOstatnia aktualizacja: 2010-05-24 Stronę odwiedzono razy.