Kanał 1920

1920, właśnie tyle metrów długości liczy Kanał Mioduński. Jest jednym z trzynastu kanałów mazurskich, tworzących wyjątkowy system szlaków wodnych od Pisza do Węgorzewa. Kanał Mioduński, zawdzięczający swoją nazwę pobliskiej wsi, łączy jeziora Kotek i Szymon. Szerokość ponad 20 metrów, głębokość około 1,7 pozwala wielu rybom skutecznie żerować, a licznym jachtom i motorówkom , na nieszczęście wędkarzy skutecznie przepływać. Nie wszyscy wodniacy szanują innych użytkowników kanału, jakimi są wędkarze i często, mając możliwość płynięcia przy drugim brzegu, nie zważają zupełnie na pluskające spławiki. Ale nie o tym. Pewnych ludzi, niezależnie od przynależności do grupy hobbystów kultury się nie nauczy.  I tyle.

 

Zajmę się tym , co w kanale pływa, a nie po nim. W ostatnią kwietniową niedzielę, wraz z Jurkiem i Ryśkiem wybrałem się właśnie na kanał Mioduński. Na ryby. Nasza grupka początkowo miała być liczniejsza, jednak kilku kolegów wykruszyło się z różnych względów, być może finansowych także, ponieważ jednodniówka w Zakładzie Rybackim Mikołajki, kosztuje 25 zł. Jakoś to przełknęliśmy i po przejechaniu 85 km, już o szóstej rano byliśmy nad wodą.

Przy kanale kilka samochodów, a także namiotów. To koło wędkarskie z Białegostoku przeprowadzało swoje mistrzostwa. Miejsca jest jednak dużo. Kanał Mioduński jest bardziej zarośnięty i po prostu zaniedbany od np. Szymońskiego, przez co taki trochę dziki.

 

 

Zawsze daje to nadzieję  na mniejszą ilość wędkarzy, a większą ryb. Sprawdziło się. Ustawiliśmy swoje stanowiska w odstępach ponad trzydiaści metrów. Przyciemniona ziemią i dociążona gliną zanęta w postaci kul wielkości pomarańczy ląduje na na odległość wędki 7 metrów. Już  po  chwili ryby pluskają w siatkach. Jest ich dużo. Płoć, grube krąpie, uklejki. Marzymy o leszczach, które na tym kanale trafiają się również złote, jednak nie wszystkie marzenia się spełniają . Przynajmniej nie tego dnia. Przepływające jachty nie odstraszały ryb, tylko utrudniały nam łowienie, ale szybko się przystosowaliśmy. Na jachtach nikt szant nie śpiewał, zresztą i tak byśmy nic nie zrozumieli, bo językiem najczęściej słyszanym był litewski. Kilka godzin łowienia przyniosło nam po około 10 kg ryb na głowę.

 Rybki wróciły do kanału, bo przecież my również jeszcze tu  wrócimy. Może na zawody, jak koło z Białegostoku? Jurek łowił prawie wyłącznie na kukurydzę, co skutecznie eliminowało ryby małe. Ja z Rysiem na grube białe robaki, zakładane po kilka na haczyk nr 12. I tylko tych leszczy brak. W sumie wyprawa bardzo udana.

 

Potwierdziło się  to , co zawsze wiedziałem. Kanał jest wdzięcznym łowiskiem, obfitującym w dużo średniej wielkości białej ryby.

Namawiam więc wszystkich miłośników łowienia batem do wyjazdu nad kanał.

 

 To tylko 75 minut jazdy. A więc jazda na kanał!