JUREK

 
    Jakoś nie mógł usiedzieć w miejscu. Do świąt jeszcze kilka dni, więc na szaleństwa w kuchni za wczesnie, zresztą kuchnia to samodzielne królestwo jego żony. On tylko pomaga. Choinka czeka na tarasie na przyjazd wnuków. Jest facetem obowiązkowym i odpowiedzialnym, więc prezenty gwiazdkowe już dawno są przygotowane. Coś go kręci. Spogląda za okno. Pogoda fatalna. Ani zima, ani jesień.

A jeżeli jesień to paskudna. Silny wiatr nagina bezlistne gałązki. 21 grudnia. Szaro.

 

-Jureczku, co się tak kręcisz?- spytała żona.

-Wiesz Kasiu, przyszło mi do głowy, że może wyskoczyłbym na trochę na jeziorko- rzekł cicho z wyraźnym naciskiem na słowo"trochę" .

-Oszalałeś? W taką pogodę, przecież już prawie zima. Zmarzniesz, przeziębisz się i na święta wylądujesz w łóżku.- z troską w głosie, jednak bardzo łagodnie odpowiedziała żona.

    Ona właśnie taka jest. Łagodna. -No chyba, że złowisz szczupaka na wigilijny stół.-dodała po chwili. Nie obiecał szczupaka. Wiedział doskonale, że to byłoby niesamowicie trudne do zrealizowania, jednak już po kwadransie był prawie gotowy do odjazdu. Gorący termos z herbatą, dwie wędki, mocne, szczupakowe, pudełko z przynętami, trochę dodatkowych ubrań.

 

Bardzo lubi późno jesienne wyprawy. Trafiają się całkiem spore zębacze, na tyle atrakcyjne, że walka z nimi całkowicie rekompensuje trudy wyprawy i pogodowe niedogodności. Jurek ma takie swoje ulubione jesienne jezioro, w Puszczy Boreckiej, jednak dzisiaj zbyt mało czasu, a i łódkę musiałby z sobą zawieźć. Na Olecku, łódź Jurek ciągle miał na wodzie. No może nie łódź, a raczej łódkę, albo tak na prawdę łódeczkę. Taka skorupka, jedno osobowa, doskonale spisująca się na wiosłach.

Minęły zaledwie dwa kwadranse od rozmowy z żoną, a Jurek już odbija od brzegu.

- Wieje- pomyślał. Spojrzał na przeciwległy brzeg jeziora. Zdecydowanie ciszej, przynajmniej z tej odległości.

Umiejętnie ustawiając wiosłami łódkę dziobem do fali, boczne ustawienie groziło wywrotką, po pół godzinie Jurek jest pod drugim brzegiem.

-No , rzeczywiście ciszej, ale teraz pod brzegiem z którego przypłynąłem....- cicho zaklął.

Zajął się jednak tym, po co przyjechał. Na końcu mocnego zestawu z plecionką i prawie morskim kołowrotkiem duży wobler, schodzący na ponad 4 metry. Rzuty z wiatrem przypominają skoki Małysza w szczytowej formie. Jurek zmienia woblera na dużą gumę, swoją ulubioną żabę.

Efekt natychmiastowy. Jest szczupak, niestety zaledwie 45 cm. Wraca do jeziora. Kolejne zmiany łowiska. Wzdłuż brzegów można się trochę ukryć przed wiatrem, z czego Jerzy skrzętnie korzysta. Płynąc w stronę szyjki , mija druga godzina łowienia i kolejny szczupak. Brat bliźniak poprzedniego, więc podobnie jak braciszek wraca do jeziora. Wieje jakby mniej, nawet słoneczko momentami przyświeca. I zaświeciło. Jurek ma na kiju lepszą rybę. Trochę walczy, ale niestety tylko trochę. Do łódki wpada trzeci szczupak. Mierzenie. Jest pół metra. Wymiar . Jurek takie szczupaki najczęściej również wypuszcza, ale dzisiaj umawia się z rybą, że jeżeli nie złowi większego, niestety swój jesienny atak na woblera szczupak zakończy na skwierczącej patelni. Cóż, Kasia czeka. Szczupak jakby zrozumiał swoją sytuację i w wielkim wiadrze pełnym przeraźliwie zimnej wody, nie wykonuje żadnych niepotrzebnych nerwowych ruchów. Czeka. Na większego brata. Podczas zamieszania związanego ze złowioną rybą, wiatr dryfuje łódeczką prawie aż na taką, znaną wszystkim górkę. Kolejne minuty upływają na dryfowaniu połączonym z kolejnym głębokim penetrowaniem okolic górki.

   Jest! Tępe uderzenie połączone z natychmiastowym wydawaniem plecionki przez kołowrotek, świadczy o wielkości ryby. Porządna. Bardzo porządna. Szczupak wyciąga już kilkadziesiąt metrów linki , zupełnie nie przejmując się ani Jurkiem, ani jego łódeczką. W odległości 10 metrów przepływa inny wędkarz.-Masz coś dobrego - raczej stwierdza niż pyta, z nieukrywaną zazdrością w głosie. Jurek tego nie zauważa. Skupiony jest na walce z podwodnym przeciwnikiem, a jedyne co przykuwa jego uwagę, to przeogromny podbierak majaczący na łodzi kolegi.

O pomocy ani słowa. Kolega odpływa. Szczupak również , ale na uwięzi. Jurek oczywiście nie ma podbieraka. Po 20 minutowej walce, ryba jest przy łódce. Ogromna. Jurek wie, że szczupak jest bardzo silny i nie pozwoli podebrać się ręką. Jedyne rozwiązanie , to po prostu zmęczyć rybę. Bardzo zmęczyć. Łódka jest na środku jeziora. O zaczepach nie ma mowy. Sprzęt bardzo mocny, a w wielkim pysku tkwią wszystkie kotwice woblera.

 

- No płyń- sugeruje cętkowanemu drapieżnikowi Jurek. Popłynął. W swój ostatni rejs...

Po pół godzinie znokautowany szczupak jest już w łodzi. Ufff. I tylko jego jego młodszy i mniejszy braciszek uśmiecha się z wiadra. Słowo się rzekło. Jurek wypuścił mniejszego. Wiatr uspokoił się na tyle, że dopłynięcie do brzegu, zajęło zaledwie jedną lekcję w szkole. Na brzegu mierzenie zdobyczy. 96 cm, do metra ciut ciut. Do auta i do domu.

-No jak tam? Zmarzłeś? A rybkę masz dla mnie?- spytała Kasia przez okno

-Mam, choć zobacz-odpowiedział.

-Ej tam, szczupaka nie widziałam .

-Choć, choć- nalegał. Kasia wyszła przed dom.

-O jej, ale wielki ! Mój ty bohaterze !- krzyknęła z czułością w głosie żona i mocno go ucałowała. I jeszcze tylko ważenie. 7 kilo. Dokładnie. Ładna ryba. I na święta i na zakończenie sezonu. Warto było kręcić się od rana.

jah
 

PS. Imiona nie zostały zmienione. Wszelkie podobieństwo do autentycznego wydarzenia całkowicie zamierzone.