Przechytrzyć rybę na Hitrze...

Część trzecia pt. Czarniak

 

 Wstajemy, śniadanko i na wodę! Opływamy wczorajsze łowiska, efekty bardzo słabe. Na dłużej zatrzymujemy się przy pięknej skalnej półce, przy której dryfują już dwie łodzie. Pokazują się czarniaki. Bardzo waleczne ryby, atakujące przynęty z wielka agresją i podobnie zachowują się na wędce, mimo , że nie są zbyt duże.  Zmieniamy przynęty, sposoby prowadzenia, jednak czarniaki nie bardzo nas lubią. Na sąsiednich łódkach łowią dużo więcej. Nawet bardzo dużo. Podglądamy kolegów, jednak efekty nadal są kiepskie. – Jak Oni to robią? Pytamy siebie wzajemnie. Odpowiedzi brak. Podpływamy bliżej, jednak czarniaki również u sąsiadów łowią się coraz rzadziej. – Odeszły- stwierdził kolega z sąsiedniej łódki. To prawda, jeszcze tylko Wiktor i Miecio łowią po dwa i cisza, nic nie możemy złowić! – Na patole !- proponuje Witek. Płyniemy. Przypływ. Skalistych wysp zupełnie nie widać. Wystające z wody tyczki obławiamy dokładnie, jednak mało skutecznie. Pojedyncze dorsze. Dwie małe molwy, plamiak. Słabo. Próbujemy na kawałki fileta namówić karmazynki, które w tych miejscach skutecznie poławialiśmy w ubiegłym roku. Mhhy, cóż , to było w ubiegłym roku, teraz karmazynów brak. Wyjmujemy jeszcze kilka ryb z 8 metrowej płycizny. Godziny mijają szybko. Jest pięknie, pogoda wymarzona. Lekki wiatr, słoneczko, bardzo, bardzo przyjemnie, chociaż połowy pozostawiają wiele do życzenia.  Zupełnie jednak nas to nie martwi. Śmiejemy się , dowcipkujemy, opowiadamy przeróżne historyjki, po prostu fantastycznie spędzamy czas. A ryby? Będzie co skrobać, zawsze jest!

 

 

Wieczorem narada. Ustaliliśmy , że następnego dnia płyniemy w drugą stronę cieśniny, za most.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy.

Bladym świtem zasuwa  40 konna yamaha. Łódź idzie pięknie! Czujemy się znakomicie.  Mijamy malownicze wystające z wody skalne góry. Mijamy pojedyncze domy a także jakieś małe miasteczko, nawet kościółek. Mijamy kolejną małą stocznię remontową. Przy tej szybkości wskazania echosondy nie są dokładne, jednak Krzyś zauważył skalne stoki. Zatrzymujemy się około pół kilometra za kościółkiem. Łowimy. Siadają średnie dorsze, takie patelniaki. Ale najprzyjemniejsze jest to, że po prostu namierzamy kolejne łowisko. Dryfujemy kilka razy i ....dalej! Wiatr zaczyna coraz bardziej wiać. Wpływamy w kolejne zatoki. Znajdujemy taka pięknie osłoniętą skalami, gdzie wiatru prawie nie ma. Łowimy dorsz, między nimi nieduże czarniaki. Witlinki, ryby które bardzo skutecznie łowiliśmy w roku ubiegłym w podobnej porze roku  teraz , zupełnie się nie pokazują. Ten rybostan który mamy obecnie zupełnie nas zadawala. Dorsze, molwy, plamiaki, czarniaki, no i ....halibuty! Czego chcieć więcej!? A jednak chcemy czegoś więcej i ciągle szukamy. Po obiedzie płyniemy ponownie za most. Wyniki są podobne. Wracamy na kolację. Ryby na stół i do skrobania, Witek do garów. Jest już prawie ciemno gdy ostatnia łódź z naszej Mariny przypływa do przystani. Piotr „Bolo”, kolega z Warszawy wraz ze swoją załoga zdejmują z łodzi...sporo fajnych czarniaków! – Namierzyliśmy je !! – uśmiecha się Piotr tryumfalnie unosząc ręce. Po krótkiej rozmowie z Piotrem , już wiemy gdzie to jest.    Aby do rana... Tym razem nie ociągamy się ze śniadaniem. Zbiornik pełen, rura ! I nasza łódź już jest za mostem. Przygladając się mapie, otrzymanej od właściciela Mariny z łatwościa znajdujemy czarniakowe „eldorado”  Jest zaznaczone na mapie. Troche daleko, 40 minut płynięcia. Byliśmy już za Hitrą. Przed nami Froya, a pod nami piękne spadki dna. Od kilkunastu metrów tuż przy skalnych wyspach, aż do 150m po kilkunasto minutowym dryfie. Na miejscu już były dwie łodzie naszych kolegów, a także cztery łodzie z wędkarzami Niemieckimi.  Miejsca jednak i ryb starczyło wszystkim. Co za emocje.... Pięknie łowi się te ryby.

 

 

Niestety , jak to na morzu, pogoda zmienia się prawie w sekundzie. Wiejący od otwartego oceanu wiatr był  już tak silny, że łowienie stało się bardzo trudne i  niebezpieczne. Uciekamy. W pewnym momencie, Witek , sternik, wydziera się, przekrzykując szum morza. – Koledzy! Awaria , nie mam sterowności!!!! Skóra nam zcierpła, ponieważ stało się to w momencie gdy niebezpiecznie blisko znajdowaliśmy się od skał! Silnik jednak nadal pracował, ale jak sterować łodzią!? Jedyna znajdująca się w zasięgu wzroku łódź była  oddalona od nas o ponad 600m. Przy ogromnym hałasie przelewających się fal, kontakt głosowy był niemożliwy. Witek zaczął wymachiwać rękoma w sobie tylko znany sposób. Okazało się, że ktoś na sąsiedniej łodzi coś zrozumiał z Witkowego machania, które miało być sygnałem oznaczającym potrzebę pomocy. Trwało wszystko kilka minut. Nasza łódź dryfuje coraz bliżej skał. Koledzy pomalutku zawracają, kierując się w naszą stronę, a my dumamy co robić... Eureka! Krzysiek siada, a właściwie kładzie się przy silniku i z pomocą Miecia sterują silnikiem, tworząc z własnych rąk rumpel. Wituś dużo gazu nie daje, a  ja komendami kieruję naszym żywym rumplem: -W lewo, lekko w prawo, teraz prosto ! Oddaliliśmy się od skał. Wzięliśmy  kurs na wąską cieśninę , za którą ocean był dużo spokojniejszy. Udało się. Uśmiechy wróciły na twarze. -Jest ok.-krzyczymy do podpływających kolegów. I tak jest w rzeczywistości. Z małymi kłopotami i wolno , ale jednak płynęliśmy w wybranym kierunku.  Tym razem powrót do bazy trwał nie jak zwykle 40 minut, a ponad dwie i pół godziny. Ale sytuacja opanowana. W Marinie łamaną angielszczyzną tłumaczymy Einarowi co się stało. Nasz gospodarz działa natychmiast. Telefon i za pół godziny , mechanik przystępuje do naprawy. Okazało się że pękły cięgna sterujące silnikiem. Teraz wyjaśniło się dlaczego kierownica miała spore opory. Podczas naprawy gotujemy obiadek, odpoczywamy.

 

 

Mimo wcześniejszych planów , że już dzisiaj nie płyniemy, nowo poznane łowisko kusi nas. A w dodatku wiatr ustał . Cóż, przecież przyjechaliśmy tutaj na ryby! Płyniemy. Sterowność łodzi ekstra! Silnik przyjemnie jazgocze, łódź pięknie się prowadzi w ślizgu, kierownica leciutko pracuje! Tuż przed mostem Miecio krzyczy - Widzieliście?- i pokazuje coś na wodzie. Jakieś dziwne zawirowania. – Delfiny! – powtarza Miecio. Rzeczywiście . Często spotykane tu morświny wybrały sobie to miejsce na polowanie. Echosonda pokazywała duże stada małych ryb. Morświny  co chwilę pokazywały swoja płetwę grzbietową, jednak robiły to w najmniej spodziewanych momentach, i bardzo szybko. Trudno było je sfotografować. Zajrzymy tu do nich w drodze powrotnej. A teraz na czarniaki. Dopływamy szybko i bez problemów. Zaczynamy łowienie obok kilku innych łodzi. Są , piękna robota. Czarniaki siadają na nasze przygotowane zestawy. Dwa, trzy, a nawet cztery. Największe jednak na ciężki, podwieszony pod przywieszkami pilker. Nie wszystkie jednak przywieszki są skuteczne. O nie, w Norwegii ryby również maja swoje humory i upodobania. Tym razem najskuteczniejsze były małe , fruwające, mieniące się srebrem „paseczkowate” przywieszki. Kto się do takich dopasował sukces gwarantowany. Ławice ryb przesuwały się i trzeba było pływać za nimi. Najważniejsze jednak było ustalenie głębokości żerowania.  Czasem brały nawet 10m od powierzchni aż do głębokości 80-100m, przy czym głębokość łowiska dochodziła nawet do 180m!! A na końcu ławic, bardzo przyjemne niespodzianki! Kapitalne, żerujące na czarniakach , również w toni dorsze!! Wyobraźcie sobie emocje związane z holem kilkukilogramowego dorsza, zapiętego w połowie 180 metrowej głębiny na mały haczyk z przywieszki . Największy jakiego złowiłem miał 7,80 kg! Podobne padały właściwie na każdej z łódek. Ostatnie dwa dni wyprawy upłynęły nam właśnie na takim niesamowitym łowieniu

   

 

Trochę podsumowania. Po pierwsze, Norwegia to surowy, prześliczny krajobraz, coś co na zawsze pozostaje w pamięci. Po drugie, ryb w Norwegii jest bardzo dużo. Po trzecie, ryby to nie towar w sklepie po który sięgamy właściwie bez kłopotów. Tutaj również ryby są chimeryczne, biorą albo nie i przede wszystkim trzeba umieć je znaleźć. A po czwarte, piąte , szóste i .... dziesiąte, Norwegia kusi mnie nadal i z pewnością tam wrócę.!

 

 Z wędkarskim pozdrowieniem  jah