Po sztormie

To już niestety koniec

 

Sobota. Ostatni dzień łowienia. Dzisiaj wieczorem zdajemy łódki. Ranek wita nas niezbyt przyjaźnie. Wieje. Po wczorajszych morszczukowych sukcesach, plan mógł być tylko jeden. Ale jak płynąć, kiedy prognozy złe. Ponownie czekamy. I już , nie po raz pierwszy, niestety, żałujemy, że wczoraj nie wykorzystaliśmy dnia do końca. Jednak, na morzu, nie wolno niczego odkładać na jutro. Co chwilę zaglądają sąsiedzi.- I jak, co robimy?- pytają, bo to, że popłyną z nami daleko jest pewne, tylko czy my popłyniemy. Tej pewności nikt nie ma. Pogoda, którą Krzyś obserwuje od świtu, a właściwie to już od nocy, ciągle zła. Jest mały promyczek. Do dwunastej w miarę, potem wiatr rośnie niebezpiecznie , ale tylko na godzinę, potem ma ponownie siadać. Płyniemy. Postanawiamy, że gdy wiatr się będzie wzmagał, schowamy się za wyspę i tam przeczekamy. bo potem będzie jeszcze dobrze. Tyle prognozy. Dotąd się sprawdzały

 

.-Macie pływające kombinezony? spytałem kolegów – Tak - odpowiedzieli chórem. - No to załóżcie na nie jeszcze kamizelki ratunkowe i płyniemy. Czy będziemy ryzykowali? Trochę, ale nie więcej, niż codziennie przechodząc przez ulicę. Płyniemy trochę dłużej niż wczoraj. Jednak fale są większe. Na łowisku kilka łodzi. Czesi i Niemcy, którzy swoje bazy na wyspie Froya, w związku z tym o dwie trzecie bliżej niż my. Z naszej mariny, przypłynęło tylko Olecko. Morszczuki nas nie zawodzą. Mamy kilka. No i te cholerne kurki. Molwy , a jakże , to dobre ryby. Kilka niezłych czarniaków, ale te , podobnie jak kurki wracają do morza. Wiatr się wzmaga. Jeszcze nie ma jedenastej. Przyszedł więc szybciej. -Może więc szybciej odejdzie- pomyślałem z nadzieją . Łódką kiwa na tyle mocno, że realizujemy swój plan. Płyniemy schować się za wyspę. Ekipa Maćka również . I dwie łódki z Niemcami. Pytają nas , czy znamy prognozy.- Za godzinę ma cichnąć- po niemiecku odpowiada Krzysiek. Czekając uwiązani rękami Miecia i Jacka do łodzi kolegów, którzy w przeciwieństwie do nas , mają kotwicę, łowimy małe czarniaki. Będą idealne na przynęty. Bo przecież zaraz wiatr ucichnie. Mija , godzina, półtorej, mijają dwie godziny. Jedna łódka niemiecka dawno uciekła

Patrząc w kierunku łowiska, morze wydaje się spokojniejsze. Patrząc w kierunku bazy, niestety jest coraz gorzej. Nie cichnie. O nie. Pierwszy raz prognozy nas zawiodły. -Wracamy- zadecydował Krzysiek. - Och.......łeś?! - nerwowo zareagował Jacek i chyba Zenek z tamtej łodzi.- W takie fale? -dodał, mocno zaniepokojony. Decyzja została jednak podjęta. Wiatr mógł się przecież jeszcze wzmocnić, a wtedy, byłoby nieciekawie. Płyniemy wolno, przeskakując z fali na falę. Krzyś, jest doświadczonym sternikiem, jednak kilka razy łódź niebezpiecznie się przechyla. Obserwujemy, jak Maciek sobie radzi. Szybko złapał dryg, i również doskonale pokonuje rosnące jednak fale. Jesteśmy na otwartym morzu. Łodzie, mimo, że bezpieczne, nie są zbyt wielkie, więc uwaga i skupienie. Wspieramy Krzyśka śpiewem, takie znane szanty i " na morzu burza hula...". No nie wszyscy śpiewem. Z pod kaptura, w którym ukrył się Jacek, słyszę coś jakby " Zdrowaś Mario...". A może  tylko tak mi się wydaje. I tylko dziwnie zbielałe , zaciśnięte na relingu Jacka palce, zdradzają, że chyba się zdenerwował. Rozmawiać zresztą zaczął dopiero, gdy byliśmy po prawie trzech godzinach płynięcie blisko bazy. Ale przytoczyć jego słów raczej nie mogę. Z przygodami, jednak szczęśliwie podobnie jak koledzy, docieramy do mariny. Będzie co opowiadać. Szkoda, że jutro wracamy, szkoda, że morszczuków dzisiaj tylko kilka i szkoda , że wczoraj... ale cóż. Gdy dobiliśmy do pomostu, przyszedł mocno zdenerwowany właściciel ośrodka, Ejnar. Okazało się, że obserwując przez GPSy , zainstalowane na łódkach, położenie jednostek, z niepokojem widział dwie łodzie na skałach, daleko w morzu, nie ruszające się od kilku godzin. Jeszcze kwadrans, a wysłałby łódź ratunkową, bo co gorsze, nikt nie odbierał telefonu. Mój był popsuty, Krzyśka został w domu, Maćka cicho dzwonił, a tylko te numery Ejnar i pilot wycieczki posiadali. Oj musieliśmy przepraszać. I słusznie, zachowaliśmy się nieodpowiedzialnie. Sorki, ale wszystko ten morszczukowy amok. Ryb nie mamy wiele, więc Miecio skrobie, a Krzysiek z Jackiem myją i szykują do zdania naszą łódkę. Ja coś tam gotuję. Karkówka pieczona z ziemniaczkami i surówka z duszonej marchewki z groszkiem.

  Taki ostatni obiad. Tęsknię już za domem, jednak zostałbym jeszcze. Na morszczuki. Ostatnia noc. Od rana pakujemy się . Hitra żegna nas słońcem i deszczem. Tak na przemian. Na nasze domki od świtu oczekują kolejni wędkarze. Bagaży jest tyle, co przy przyjeździe, tylko zawartość styropianowych skrzynek się zmieniła. Z artykułów spożywczych na rybie filety. Wszyscy do pełna. . No i skrzynki z pikerami wyraźnie lżejsze Kierowcy ważą i zapisują układane na przyczepie skrzynki, bo przecież ona ma swoją, określoną  ładowność. Szybko, bardzo szybko minął tydzień nad morzem Norweskim. Podróż powrotna, mimo długiego oczekiwania na prom w Ystad, mija szybciej. Oczekiwanie nie jest jednak bezczynne. Spacerujemy po miasteczku. Jest śliczne. Piękny kościół, duży port jachtowy i oczywiście łodzie z Olecka, urocze uliczki i bardzo smaczna kawa i ciasteczka w kawiarni. Wracamy. Pan w gumowcach, ciągle w pełnym uzbrojeniu…. Do Warszawy dojeżdżamy o świcie. Nasz niezawodny Gienek już czeka. Ostatni etap, oczywiście z obiadem w Ostrowii, mija mi na zachwytach nad piękną naszą Polską. Bo rzeczywiście jest piękna. I taka inna od Norwegii. A tam, cóż, za kilka lat może….Tutaj chciałbym bardzo podziękować, Krzysiowi, Jackowi, Mieciowi, Maćkowi, Wojtkowi, Mirkowi, Adamowi i Wieśkowi, że pojechali ze mną do Norwegii. Dzięki koledzy, sam bym się nie wybrał…  

 

I jeszcze tylko norweski alfabet Arnolda.

A –jak Adamiec Zenon, bardziej znany na wyprawie jako Adam Pogorzelski. Przesympatyczny, wesoły kolega, nie wiem dlaczego porównywany do postaci z filmu „Nie ma mocnych”                                                    

B – Jak Bjergen Marit. Ta Marit. Uśmiechnięta z fotosu reklamującego region nad cudowna rzeką, razem z wędkarzem i jego przeogromnym łososiem.

C – jak czapka. Warto mieć dwie na łodzi, lub jedyną mocno uwiązać do szyi, no chyba, że ma się kolegę , który już w Polsce, sprezentuje ci nową, równie piękną, jak ta, którą straciłeś.

D – jak Dremont. Mirek.  Świetny kucharz, grillarz i gawędziasz. Fotogeniczny.

F – flora bakteryjna. Do końca nie wiem na czym to polega, ale z pewnością ta w Norwegii ma zupełnie odwrotne działanie od znanej zemsty faraona.

G – jak Gienek. Niezawodny. Ciśnij Gienek, ciśnij!

G – jak Grynio. Wędkarz doskonały. Sternik godny zaufania. Pewny i bezpieczny. Wędkarski szef wyprawy. I taki kumpel, na każdą okazję.

H – jak Halinka. Tak pieszczotliwie nazywałem halibuty, których nie widzieliśmy. Tym razem!

I – jak ile to kosztuje. Podróż w dwie strony, wynajęcie domku i łodzi od 1900 zł. Do tego paliwo, około 40 euro od osoby, żywność i wszystko inne według uznania. Najtaniej w Polsce. Bezwzględnie.

J – jak Jacek. Zdolny uczeń wędkarstwa morskiego. Trochę uparty i nie lubi piosenek na łodzi. Mówił, że kocha, ale czy można mu wierzyć.

K – jak kotlety da drogę. Pomysł znakomity, tylko uwaga z solą. Drobną solą łatwo można przesolić.

K – jak kajuta na promie. Ważne. Miłe spędzenie kilku godzin na leżąco, co po dobie w autokarze ma znaczenie. I nawet nie przeszkadza wściekle przyklejona podczas kąpieli, nie tylko do pleców, zasłonka w prysznicu.

M – jak Matej. Podobnie jak Grynio, sternik znakomity. Bezpieczny. Solidny. W przeciwieństwie do innych korzysta z aparatu fotograficznego. I już coś planuje.

M – jak Miecio. Mój Miecio. Farciarz. Bo ilu wędkarzy potrafi łowić kilku kilowe czarniaki na pusty haczyk!? No i ten morszczuk, ponad metr. Okupiony wprawdzie głębokim rozcięciem palca rybimi zębami. Palec się zagoił. Emocji nikt mu nie odbierze

M –jak morszczuk. Przeklęty, godziny ukrycia za wyspą, ekstremalny rejs po wzburzonym morzu. Piękny, warto, aby po niego wrócić.

O – jak Oslo. Stolica Norwegii, przez którą przejechaliśmy bez jednego nawet zatrzymania autokaru.

S – jak skurcz. Zazwyczaj łapię łydkę lub udo. Tutaj palce zaciśnięte na relingu łodzi.

W – jak Wojtek. Ułożony młody człowiek. Spokojny, cierpliwie skręcający w paluszkach własnej roboty papierosy. Łowca największej ryby. Dorsz 13 kilo. Do pobicia.

W – jak Wiesiek. Mało z nami był. Ale jak był, było ciekawie.

Y – jak Ystad. Miasto, port w Szwecji. Urocze. I ważne. To stąd docierała pierwsza pomoc Polakom w stanie wojennym. Wielu nam pomagało.

Z – jak zawsze DOM. Najważniejszy. Dla mnie, to Żona i Dzieci. Warto mieć do kogo wracać.

Ż –jak żal, że tak szybko czas płynie.

                                                                                 Z wędkarskim pozdrowieniem  J.Arnold Hościłło

Olecko-Hitra 2-13.09.2016r