Morszczuk

 

Jakoś nie mogłem zasnąć. Morze zupełnie stanęło, ściśle według prognoz. Krótki sztorm nadal jednak falował w głowach. Bo nie tylko ja trudno spałem. Odgłos niemiłosiernie trzeszczącej podłogi, tuż przed wejściem do łazienki, świadczył, że nie tylko ja łażę po nocy. Świt przychodzi nagle. Wcześniej, niż w Polsce o tej porze.  Śniadanie jakoś nie idzie, więc prowiant zabieramy na łódkę. Napoje również, wykonane z wody kranówki i różnych tabletek.

Chociaż na naszym ulubionym łowisku trafiają się coraz większe dorsze, my płyniemy w prawo . Krzysiek określił miejsce. Daleko. Tak coś pod morszczuki, bo dorsze nie kuszą nas , mimo swoich rozmiarów. Każdy z nas dwucyfrowe wątłusze już łowił, no może prawie każdy, a morszczuków nikt.  Maciek z załogą, tym razem nas nie opuszczają. Próbujemy w kilku miejscach, jednak efekty słabe. Pojedyncze molwy, czarniaki, jakieś dorszyki do 4 kg. Coś nie pasuje. Pogoda fajna, tylko ryby nie całkiem. Po kilku godzinach wracamy. Koledzy jeszcze popłynęli w lewo. My skrobiemy ryby i ciągle zastanawiamy się gdzie są morszczuki. Sytuację naświetla Janusz, pilot wyjazdu, który wieczorem zabłąkał się do naszego domku. Z mapą, dużo większą, niż te , które otrzymaliśmy od organizatora.  – Tu- wskazał palcem Janusz prawy górny róg mapy.- Dostałem informację, że dopiero po sztormie pokazały się. Weszły na ten blat. – dodał- Jutro popłynę tam również. Kilka łodzi także się tam wybiera. –nakreślił nadchodzący dzień. Krzysiek natychmiast dokonał pomiarów na swojej , bardzo dokładnej mapie. –Wiem, gdzie to jest. Byliśmy dzisiaj jakieś 20 minut drogi od tego łowiska. –powiedział Krzysiek, ciągając paluchem po tablecie. Jutro tam płyniemy. Przecież to już ostatnie dwa dni łowienia. Z domku obok dochodzi ciekawa rozmowa: -Wyniósłbyś śmieci- to głos nr 1- Znowu ja mam coś zrobić, przecież wczoraj wyłączyłem telewizor- odparł głos nr 2. No, podział obowiązków najważniejszy, hihi.

Ranek nadchodził szybko. Niestety, przyniósł pogorszenie pogody. Pilot przyszedł nam oznajmić, że jednak odwołuje wspólne wypłynięcie na odległe łowisko. Pogoda się psuje. Co robić. –Spokojnie, czekamy na kolejna prognozę- zadecydował Krzyś. Mhy, spokojnie… Jak wytrzymać. Co chwilkę jakaś łódka odpływa od pomostu. Wszystkie w lewo,  w cieśninę i dalej między skalnymi wyspami. A my w łóżkach, czekamy. –Poprawia się- prawie krzyknął nasz kapitan. Trzy minuty i jesteśmy na nogach .Kolejne trzy i siedzimy w łódce. Jeszcze trzy, a po nas tylko ślad na wodzie. Silnik pracuje równo, łódź w ślizgu sprawnie pokonuje kolejne kilometry. Morze wcale nie jest wzburzone. Prognozy Krzyśka sprawdzają się doskonale. Mijamy kolejne znane nam punkty. Latarnie, patole. Dalej i dalej. Na horyzoncie majaczy kolejna wyspa.  Wkrótce dostrzegamy dryfujące tam łodzie. Jest ich….osiemnaście! To musi być ten blat.  Zresztą namiary Krzyśka pokazuję to doskonale. 77 do 80 metrów głębokości.

Już pierwsze rzuty dają nam ciekawe ryby. Molwy oraz wszędobylskie tutaj kurki. Biorą agresywnie , mimo że są małe. Ale dopiero Mitek zacina prawdziwą rybę. To nie molwa, nie dorsz. To morszczuk! Cel naszego przyjazdu. Pięknie walczy. Krzyś profesjonalnie podbiera rybę wysłużoną osęką, która niestety pęka. No cóż kolejne ryby, które mamy nadzieję złowić,  będziemy podbierali rękami. W przypadku dorszy, to mały pikuś, ale morszczuki mają bardzo ostre zęby, o czym Mietek przekonał się wkrótce. Kolejne morszczuki lądują w łodzi. Piękne ryby. Jedna mała sztuczka wystarczy, aby nie łowić kurków, które mimo tego czasami siadają na nasze przynęty. Brania są bardzo delikatne, hol dostarcza wielu emocji, a kończy się z reguły owinięciem, pikującej w wodzie ryby całym zestawem i często splątaniem z kolegą. Wtedy trzeba ciąć i wiązać na nowo.  Po którymś z brań, holuję rybę . – Molwa -mówię zawiedziony, bo przecież morszczuk to numer jeden. – Nie , to nie molwa, rekin! Złowiłem rekina!- wytrzeszczam zdziwione oczy, podobnie jak ryba. Paniki w łodzi nie było, bo rekinek miał z 70 cm i był bez zębów. Ale co rekin, to rekin. Kolejny gatunek zaliczony. 

 Co chwilę morszczuki tańczą na naszych wędkach. Jest pięknie. Mamy kilkanaście tych pięknych ryb. Największy , Mietka , ma 8 kg i dobrze ponad metr długości.  Pomalutku wracamy. Jesteśmy spełnieni. Jeszcze tylko smutny głos w telefonie Maćka, że ich tu nie ma. Do zmroku daleko, ale przecież jest sporo skrobania ryb. Wracamy. Jutro będziemy żałować, że tak szybko. Że nie zostaliśmy jeszcze chociaż godzinkę. Ale to będzie jutro. Morze bardzo spokojne. Pełny gaz i do domku. Przy takich warunkach, płyniemy tylko godzinę. Czyli gdzieś 35 km w linii w miarę prostej. W obieraku ryb, morszczuki robią furorę, a Mietka rekordowiec, oglądany jest z zazdrością. –Widzisz, mogliśmy płynąć- słyszymy szepty. Fajne uczucie. Pewnie trochę próżne, no ale czy wędkarze tacy nie są!? Troszeczkę.     

                                               cdn