Do sztormu

Niby numer łodzi nic nie znaczy, ale zawsze jedynka to jedynka. Koledzy Wojtek Płaziński, Mirek Dermont i Adam Pogorzelski pod dowództwem Macieja Bartoszewicza, losują siódemkę. Też fajna cyfra.  Rosół prawie gotowy, ale nie jemy. Kurczak na patelni, ale tam został. Wędki i torby na plecy i płyniemy. Decyzja, że w prawo podjęta została na podstawie obserwacji. Po prostu dziesięć łodzi z innych ośrodków poszło właśnie w prawo, a tylko dwie w lewo. Miejscówki, zaznaczone na mapie i sprawdzające się podczas poprzednich wypraw, znamy i właśnie tam zamierzamy rozpocząć.

 Morze w Norwegii, jak każde łowisko, ma miejsca doskonałe, dobre, słabe, a nawet takie, gdzie żadnych ryb nie ma. To nie jest tak, że wystarczy przynętą palnąć do wody, a już okazałe ryby tam czekają. O nie! Trzeba, jak w każdym wędkowaniu, przede wszystkim cierpliwości. My mieliśmy łatwiej, bo znamy łowisko. Jednak są jeszcze przypływy i odpływy, mające ogromne znaczenie, pogoda, pora  dnia i pora roku, no i oczywiście przynęta i sposoby łowienia. Dopiero po spełnieniu wszystkich warunków ryby będą zapełniały skrzynki. Nam zapełniały. Przede wszystkim makrele. Znamy je najczęściej w wersji wędzonej. Tutaj to niezwykle aktywna, silna, a  łowiona po kilka jednocześnie na zestaw, dająca fantastyczne emocje podczas holu, ryba, niewiele mniejsza niż łowione ostatnio przez nas bałtyckie dorszyki. W dodatku jest smaczna, chociaż tłusta i zgaga po niej pali. Makrele więc już wiemy gdzie i jak, a są jeszcze molowy, rdzawce, czarniaki, małe karmazyny i na dzisiaj jeden spory dorsz. Jak na początek całkiem nieźle. Pływamy wszędzie w dwie łodzie, na obu są ryby. Są też liczne zaczepy. No i ofiary w postaci zerwanych zestawów. Pilkery sprawdzają się w zasadzie wszystkie, przywieszki również, chociaż te na makrele muszą być mniejsze. Najlepsze ryby łowimy jednak na mięso- na fileciki z nieocenionych makrel. Dzień na wodzie minął szybko. Wracamy do ośrodka. Czeka nas kilka godzin skrobania i filetowania ryb, a jest przecież jeszcze rosół i kura!

 

Noc krótka. Pogadaliśmy sobie trochę i opracowaliśmy plan na jutro. Popłyniemy na punkt 20. Za wyspę , za latarnię, około 10 km. Po drodze setki wysepek i zatok, ale nas interesuje 40 metrowy blat i kanty schodzące na 120m. Łowienie w Norwegii różni się od tego z kutrów na Bałtyku również tym, że złe wybranie łowiska nie spadnie na szypra kutra. Tu każdy sam jest szyprem i każdy sam ryby musi znaleźć. My znaleźliśmy. Oprócz wszędobylskiej "makareny" piękne, dwucyfrowe dorsze, strzeliste czarniaki, grube molwy.

  Jest pięknie. Największa ryba z Olecka, to dorsz Wojtka ponad 13 kilo. Niewiele mniejszych jest jeszcze kilka. Metrowy czarniak, ponownie molwy piękne rdzawce. Skrzynie pełne. Poniedziałek i wtorek to nasze łowisko pod latarnią. No może nie do końca tylko nasze, bo przypływają tu i Niemcy, i Czesi, i Rosjanie, i Ukraińcy. Ale ryb i łowiska starcza wszystkim. Ponownie ryby łapane na mięso są największe, chociaż Miecio przez długi okres łowi na puste haczyki. I łowi! We wtorek spływamy szybciej. Morze z każdą chwilą coraz groźniejsze, nadciąga sztorm.  Wracamy. Dajemy wyraźne, przynajmniej tak się nam zdawało, znaki siódemce, że płyniemy. Koledzy zatrzymali się jeszcze na chwilkę. Wystarczyło. Zginęliśmy im z oczu. A należało tylko raz skręcić w lewo. Koledzy niestety zrobili to zbyt wcześnie i wylądowali pośród kilkunastu wysepek. Trochę nerwów, godzinka i kilka litrów paliwa i mimo błędnej informacji od również  błądzącej niemieckiej łodzi, Maciek z załogą szczęśliwie wrócili do bazy.

 I sztorm nadciągnął.  Środa  będzie dniem wolnym od łowienia. Wiatr, najsilniejszy nocą, zdaje się podnosić nasze domki. A kiwał nimi z całą pewnością. Otwierając drzwi trzeba było je trzymać obiema rękami i solidnie zapierać się nogami, aby nie wylądować w okolicznej jarzębinie. Wolny dzień przeznaczamy na wyjazd do sklepu. Odwiedzamy dwa wędkarskie i jeden spożywczy. Cóż, Norwegia to jedno z najbogatszych, ale i najdroższych państw świata. Aby uzmysłowić, dlaczego przywozimy tutaj całą potrzebną żywność oraz cały niezbędny sprzęt wędkarski, podam kilka cen: plecionka 200m- 750 koron ( korona to około 56groszy), pilkery do 100g za 80 koron, te większe nawet 250 koron; litrowa cola tyle co litrowa woda, czyli 40 koron. Ziemniaki kosztują 38 koron za dwa kilo. No i piwo. Markowe, puszka 0,5l bagatela 45 koron, słabsze w puszce 0,33l koron 20. Nic nie kupiłem, piwa nie piję, sprzętu i jedzenia mamy dużo. No może coś słodkiego rodzince. Wycieczka na zakupy,  bez szału zakupowego, ale to wszystko trzeba zobaczyć. Wracamy. Sztorm ma się skończyć późnym wieczorem. Rano ma być cicho, więc ponownie wypłyniemy, tym razem w poszukiwaniu morszczuków.

  Cdn…