Tak na początek.....

Trochę ponad rok. Tyle czekaliśmy od zapisania, do realizacji wyjazdu. Czas, jak to czas, czego każdy doświadcza, płynie szybko. Drugi września to początek roku szkolnego, a dla dziewięciu wędkarzy z Olecka, początek wyprawy do Norwegii.  Szlak i kierunek odkryty już wiele lat temu, ale emocje i wyobrażenia ogromne.
W środku nocy, o drugiej cała ekipa, załadowana na busa z przyczepą ruszyła w podróż. Pierwszy etap, najprostszy i najkrótszy, to dojazd do Warszawy, skąd autokar, również z przyczepą, zabrał nas w długą i co tu kryć męczącą podróż najpierw do Świnoujścia, tam promem do Szwecji, potem przez Skandynawię do Trondheim i dalej na wyspę Hitra.

 Duża wyspa, wokół której rozciąga się niewyobrażalna ilość wysepek, zatok, cieśnin i ogrom Morza Norweskiego. A w morzu ryb jest w brud. Tak przynajmniej każdy z nas myślał. Czy słusznie? Dwie doby podróży upływały bez większych rewelacji. no może poza pytaniem, jakie zadał jeden z naszych kolegów nieco starszemu towarzyszowi podróży. A brzmiało ono mniej więcej tak:
 - Ja przepraszam pana bardzo, ale nie mogę wytrzymać i muszę zapytać. Dlaczego w tak długą i męczącą podróż wybrał się pan w gumowcach? - zadziwionym głosem odważnie spytał Zenek.
W istocie tak było. Wędkarz był całą drogę w pełnym oprzyrządowaniu, tak , jakby łowienie miało nastąpić za godzinę.
 - Noooo, bagaży mam dużo i buty już się nie zmieściły, a w dodatku w autobusie zdejmuję gumowce, no i przecież nie są długie-zupełnie nie zmieszany odpowiedział kolega.

Prawda, do woderów sporo butom brakowało, ale dowcipkowania i tak było co nie miara.

       Dojazd do ośrodka miał nastąpić o czwartej. Udało się jednak urwać godzinę, na zupełnie pustych od Oslo drogach .
 Jesteśmy. Jest całkowicie ciemno, bo jak ma być o tej godzinie. Wieczny dzień skończył się jakieś cztery tygodnie temu. Wyciągamy nasze baraże, z przyczepy, z półek w przyczepie, z luków bagażowych, z autobusu, z pod nóg, z przejść i półek i mam wrażenie , że nawet z kieszeni. Oj dużo tego. Ci , którzy znają rozkład ośrodka i umiejscowienie domków, sprawnie , korzystając z budowlanych taczek rozwożą bagaże. Inni potykają się o torby, wędki czy skrzynie styropianowe, jednak wszystko przebiega bardzo sprawnie. Jesteśmy. Wiesiek, łowiący z innymi kolegami oraz załoga 312 czyli Maciek, Mirek, Wojtek i Zenek, a także 313, Krzyś, Jacek, Miecio i ja. Pierwsza rzecz, to rozpakowanie przywiezionej w styropianach żywności. Skrzynie są całe, bez uszkodzeń. Ufff. Po otwarciu, okazało się jednak, że spakowanie razem z zamrożonym mięsem, np cukru, mąki czy makaronu, jest średnim pomysłem, szczególnie, gdy mięso w tak długiej podróży rozmrozi się, a torby foliowe , w które jest spakowane nie są zbyt szczelne. A rozmroziło się na tyle , że udka kurczęce po dokładnym umyciu, lądują w gęstwinie przypraw i soli, a zaraz potem w garnku na rosół, a następnie  na patelni. Obiad na dzisiaj to właśnie rosół i kura z patelni.

Jest ok.

Właściwie powinniśmy położyć się do łóżek, bo łodzie będą wydawane dopiero od 9, ale tak sobie siedzimy i gadamy, gadamy i siedzimy, aż robi się zupełnie widno. Skoro jest widno na lądzie, to i ryby widzą, sprytnie ktoś zauważył. Pierwszy był Maciek. Spinning na plecy, kilka przynęt i za chwilę łowi makrelę. Potem czarniaki i śledzie. Już jest nas kilku na pomoście. Tak, trudno wytrzymać, patrząc na tak urocze wody. Wracamy do domków, Wkrótce otrzymamy łódź z czterdziestokonnym silnikiem, więc w drogę, po przygodę. Łodzie są w zasadzie jednakowe, jednak przydzielane są losowo, żeby nie było nieporozumień.

 Należy je bardzo dokładnie sprawdzić, szczególnie silnik, gdyż w przypadku stwierdzenia jakiegokolwiek uszkodzenia podczas zdawania łódek, wpłacona za nie kaucja, może zostać uszczuplona, bądź całkowicie zatrzymana. Trzeba uważać i już. Nasze łódki bez zarzutu.  Odbieramy łódź numer jeden.     

                     Cdn                    

  Jah