Przechytrzyć rybę na Hitrze...

Część druga pt. Taki dzień się zdarza raz...

 

Niedzielny świt przywitał nas piękną pogodą i wielkimi nadziejami.... Właściwie to dni tygodnia nie mają tutaj żadnego znaczenia. Aż nam skóra cierpnie, tak pragniemy zanurzyć się w ocean. Łódź przygotowana przez Wiktora, naszego podstawowego kapitana. – Ryb nie skrobię bo nie umiem i nie lubię ale łódź mogę sprzątać i zawsze szykować- zaznaczył  Witek na wstępie i spotkał się z dużym aplauzem całej załogi. Mimo wielkiego pragnienia spotkania z taką rybą, nie spieszymy się. Śniadanko, herbatka, kawka, a wcześniej toaleta, wszystko wykonujemy spokojnie by nie powiedzieć ospale. Chcemy jak najlepiej przygotować się do wyprawy. Mimo pięknej prawie bezchmurnej pogody ubieramy się ciepło, a dodatkowo bierzemy na łódź odrobinę herbaty z wkładką. Wędki w rękę i do łodzi. Silnik świetnie pracuje. 40 koni ma swoja moc. Trochę kierownica ciężko chodzi, ale przecież slalomów nie robimy. Wyruszamy w prawo, na znane nam z ubiegłego roku łowiska. Ależ jest pięknie. Nie możemy się nacieszyć widokiem. Skały wysepki, zatoczki, to trzeba zobaczyć i tyle!

 

 

Pierwszy przystanek za latarnią. Echosonda pokazuje nam jakieś ryby . 80 metrów głębokości, ok., schodzi do 120 metrów, piękny skalny uskok. Niezbyt silny dryf pozwala naszym 150g pilkerom dosyć szybko osiągnąć dno. Pierwsze poderwania, serce wali w środku. Ważne to dobrze zacząć! Nasza łódź przesuwa się , a z nią zmienia się miejsce naszego łowienia. Niestety, nic się nie dzieje. Mamy po jednym.... zaczepie jednak szczęśliwie udaje się nam wyjąć przynęty. Przypływamy około pól kilometra. Ponownie piękny uskok. Witek ustawia łódź. Ponad 80m. Dobra łowimy. Pilkery osiągnęły dno. Kilka ruchów i Miecio melduje! – Maaam!!!!! Wędzisko wygina się pięknie a my patrzymy na Miecia jak sprawnie pompuje i nawija plecionkę.  Ryba walczy zapiekle, oj to nie dorszyk. Rzeczywiście, z morskich głębin wynurza się piękna molwa ! -Brawo Miecio !- uśmiecha się Krzysiek i w ułamku sekundy dodaje wykonując zamaszyste zacięcie – Jest! Kilka chwil później w łodzi ląduje kolejna molwa. Pięknie. Patrzymy z Witkiem na siebie, myśląc, - No teraz nasza kolej....  Jeszcze agresywniej zacząłem pracować pilkerem, pozwalając mu po swobodnym opadzie chwilkę poleżeć na dnie. Podciągam i – Kurcze zaczep- pomyślałem i zerknąłem na echosondę . -86 m, dość głęboko, zaczep trzyma mocno, chociaż, po kilku próbach lekko pozwala się unieść, a może to plecionka się rozciąga. Nie ..pomalutku, bardzo pomalutku idzie...Nawinąłem kilka metrów i ....?????? – Chłopaki, to ryba! – wrzeszczę I rzeczywiście zaczyna się tępe holowanie silnego podwodnego przeciwnika. Nawinąłem może 30m, a ryba nic sobie z tego nie robiąc odebrała mi większość nawiniętej plecionki. Wędka pięknie amortyzuje uderzenia ryby. Kolejne minuty pompowania. Ryba nie słabnie, jeszcze nie. – Boże żeby Ją chociaż zobaczyć !- przebiegło mi przez myśl. Wszyscy zastanawiamy się co mam na haku. – To nie dorsz- stwierdzam- przecież już trochę lat dorsze łowię , a to zupełnie inna walka. – Może być duża molwa, przecież tu się trafiają okazy nawet ponad 10 kilo- powiedział Wiktor.

-A może żabnica? Włączył się do dyskusji Miecio. – Co by to nie było, warto to wyciągnąć! –skomentował trafnie Krzysiek. Walczę z rybą kilkanaście minut, w końcu coś jasnego powoli wynurza się z głębi. Bardzo jasne i .....płaskie! – Halibut!!! Arni ma halibuta !! Ja pier.....- emocjonuje się Wiktor. A ja tylko proszę  - Krzysiu podbierz go błagam....- serce mi wali, ręka boli ale nic nie czuję. Adrenalina. Jeszcze chwilkę i Krzysiek sprawnie podbiera mojego płaskiego przeciwnika. O rany jest w łódce. Nie mogę uwierzyć ..A jednak.

 

 

Zmęczony halibut spokojnie układa się w łodzi. Ile waży??? Mam elektroniczną wagę. Ważenie i... 10,80 kg Piękna ryba , chociaż na halibuta to tylko taki,,,, starszak. Ryby te dochodzą do kilkuset kilogramów wagi , ale na wędkę złowienie halibuta nie jest częstym zdarzeniem. Szczęśliwy uśmiecham się i czuję jak powoli tętno spada....Chłopaki  zaciekle penetrują wodę, jednak z tego miejsca już nic więcej nie łowimy. –Szukamy dalej – decyduje Krzysiek. Kręcimy się po okolicznych spadach i zagłębieniach. Wiatr trochę się wzmógł i trudno nam się utrzymać. Łowisko bajka, 70m za chwilę 100 , potem 120 i ponownie70m.  Niestety kolejne halibuty nie atakują naszych przynęt. – Na patole!!!! Rzuca hasło Witek. Patole to  podwodne skały oznaczone właśnie tyczkami, które podczas przypływu są widoczne najwyżej 2 metry nad powierzchnię, zaś przy odpływie widać całe rozległe skalne wysepki. W ubiegłym roku właśnie tam łowiliśmy fajne ryby. Kilkanaście minut szybkiej jazdy i jesteśmy w wybranym miejscu. Są już tam nasi przyjaciele, Piotrusiowie z żonami, Wiesia i Beatą. Maja piękną molwę i kilka dorszy.

 

 

Próbujemy dryfować obok patoli. Trafiamy małe dorsze. Tutaj jest płytko, 15-30m. Zmieniamy przynęty. W pewnym momencie mówię .- Uwaga zobaczcie na co będę łowił!  Zakładam główkę 50g i jaskrawy wielki twister. Rzucam daleko prawie na skały. Kilka ruchów korbką i mam ładna rybę! Dorsz, całkiem przyzwoity i w dodatku czerwony, taka odmiana tutaj występująca. – O rzesz ty!!! – komentuje Miecio. A ja kolejny raz rzucam i ..kolejny dorsz. Jeszcze większy. Zważyłem go miał 4,80 kg. Co za dzień, jestem przeszczęśliwy, Zdarzają się czasem taki fartowne dni. Łowimy jeszcze kilka dorszy i do bazy. Po przypłynięciu do przystani, mój halibut wzbudzał spore zainteresowanie. Większość wędkarzy po raz pierwszy widziało taką rybę.  Myślałem , że nie zasnę, ale  noc minęła bardzo szybko.

   

 

c.d.n ....