Przechytrzyć rybę na Hitrze...

Część pierwsza pt. W podróży.

 

Hitra to wyspa w środkowej Norwegii, siódma, co do wielkości, a największa w tej części kraju.
Powierzchnia jej to 565 km2, czyli jest wielkości około 2/3 naszego powiatu oleckiego. Zamieszkuje ją 4,1 tysiąca osób.

Kilka miasteczek, jeden duży sklep, parę stacji benzynowych, kręte wąskie drogi, surowa przyroda oraz to, co najważniejsze mnóstwo ośrodków wędkarskich o różnym standardzie, a także rzecz jeszcze ważniejsza.... Ogrom wód otaczających wyspę.

 

Właśnie tam w kwietniu 2008 roku wybrałem się wraz z kolegami na spotkanie z norweskimi rybami. Na wyprawę pojechaliśmy się z profesjonalnym biurem podróży. Raniutko 4 kwietnia przyjechaliśmy do Warszawy. Za chwilkę podstawił się autokar, nasz dom przez najbliższe dwie doby....Wyruszyliśmy o 8 rano. Trasa wiodła przez Poznań, gdzie wsiadali kolejni wędkarze, aż do Świnoujścia. Tam zaokrętowaliśmy się na prom płynący do Ystad w Szwecji. Ten pierwszy etap podróży minął nam bardzo szybko. Rozmowy śmiechy, żarty, poznawanie się z nowymi kolegami. To zajmuje i pozwala znieść niedogodności podróży. Wieczorem na promie, zameldowaliśmy się w swoich kajutach. Niektórzy bawili się w hazardzistów, inni już dokonywali zakupów w znajdujących się na promie sklepach. Minęły już jednak czasy, gdy zakupy na promie były bardzo atrakcyjne. Obecnie ani asortyment towarów ani przede wszystkim ceny nie są już konkurencyjne. Może dla Szwedów i Norwegów ceny na promach są niższe niż w ich krajowych sklepach, jednak w Polsce identyczne towary jak na promie, po prostu można kupić taniej. Wszyscy jednak skrzętnie korzystali z kilku godzin snu w pozycji leżącej. Od rana przecież ruszamy w długa drogę przez Skandynawię. Ystad to małe, ale śliczne miasteczko portowe. Słynie z tego, że właśnie tam w czasach panującego w Polsce stanu wojennego przyjeżdżały dary z różnych stron Europy i trasą Ystad- Świnoujście promami docierały do naszego kraju.

Jest na tamtejszym terminalu okolicznościowa tablica, upamiętniająca ten fakt.

 

 

Podjechał nasz autokar. Wsiadamy i w drogę. Przed nami Szwecja i Norwegia. Łącznie ponad 1500 km.

Droga prowadziła przez Malmo, Goeteborg, Oslo, aż do Trondheim. To ostatnie duże miasto na lądzie. Stamtąd tylko 130km do miejsca przeznaczenia. Podróż, mimo że męcząca była bardzo ciekawa. Z okien autokaru podziwialiśmy śliczną Skandynawię. Najpierw Szwecja. Kilkaset kilometrów jechaliśmy wzdłuż wybrzeża cieśnin Kattegak i Skagerrak, łączących Bałtyk z Morzem Północnym, aż do Oslo. Piękne widoki. Co nas uderzyło , nie po raz pierwszy i nie ostatni to bardzo małe zaludnienie tych terenów, mimo niezaprzeczalnych walorów przyrodniczych. Skandynawia jest bardzo rzadko zaludniona, a większość mieszkańców mieszka w dużych miastach. Co kilka godzin zatrzymywaliśmy się na krótki odpoczynek.

W jednym z barów znajdującym się na stacji benzynowej zjedliśmy kolację. A było to... ciasto z łososiem...Pyszne!

 

 

Najpiękniejsze widoki były jednak dopiero przed nami. Góry....Im wyżej i im bardziej na północ, tym piękniej, tym zimowiej... Śnieg, bardzo dużo śniegu. Lód, większość wód słodkowodnych pokryta jeszcze grubą warstwą lodu. Wprawdzie było już ciemno, ale to co nam umknęło, dokładnie obejrzeliśmy w drodze powrotnej. Piękne są Norweskie góry. Wysokie jak nasze Tatry, ale inne. Przede wszystkim dzikie, skaliste, surowe i
zupełnie nie zaludnione, puste. W Norwegii znajduje się 275 szczytów powyżej 2000m. n.p.m., a najwyższe to Galdhoppingen 2469m .n.p.m. i Gittertind 2464m. n. p. m. Jeszcze tylko Trondhaim oraz do niedawna najgłębszy tunel na świecie, łączący wyspę Hitra ze stałym lądem. Ma długość prawie 6 km i schodzi na głębokość 264 m pod poziom morza. Fascynujące!

Jadąc nim, czuliśmy się jak w szybko opadającym samolocie. W uszach szum.

Wracając do stolicy Norwegii, Oslo dodam, że przejechaliśmy to 750 tysięczne miasto w ciągu kilkunastu minut... nie zatrzymaliśmy się ani razu na żadnych światłach!!! To są rozwiązania przejazdu przez duże miasta!

Porównajmy to, z przejechaniem przez Warszawę, Białystok , a nawet Suwałki....

   

 
 

Sobota, 6 rano. .Jesteśmy. Marina i jej właściciel Einar już czekają. Boże jak tu ślicznie.... Warto było przejechać kilka tysięcy kilometrów, cierpiąc niewygodę przez ponad 50 godzin....
Rozpakowanie nie jest takie proste. Sporo tych bagaży nazbieraliśmy. Sprzęt, ubrania no i żywność. Każdy z nas ma kilka toreb. Próbujemy zmieścić żywność w lodówce i w szafkach. O zgrozo, nie uda się. A każdy miał wziąć tylko trochę. No i wziął.

Trochę tego, trochę owego. Produktów żywnościowych mamy tyle, że ustalenie jadłospisu nie nastręcza żadnych trudności. Będą zupy, a jakże gotowane, nie z paczki, dania drugie z młodymi ziemniaczkami, surówek pełen bukiet, nawet desery.

Ale na pierwszy ogień, po męczącej podróży, bardzo męskie skwareczki!!! Jasne że z cebulką. Oczywiście musztarda i chrzan. Jak w domu.
Nasz domek nie jest zbyt wielki, ale ma kapitalne położenie, tuż nad morzem. W okno patrzymy jak w telewizor, a w nim woda ,intrygująca, nieprzewidywalna, najeżona skałami i tym co w wodnej toni, a co rajcuje nas najbardziej. Ryby. Siedzimy tak wpatrzeni w cieśninę kilka godzin. Niektóre łódki po południu wypłynęły. My dzisiaj nie płyniemy. Rozpakowaliśmy wszystko, przygotowaliśmy sprzęt. Delektujemy się marzeniami. Wyobraźnia podsuwa nam fantastyczne obrazy, a rzeczywistość za oknem zdaje się je potwierdzać. Dzień jest długi. Bardzo długi. Wieczór jednak w końcu nadszedł, po nim noc.

Przewracaliśmy się niespokojnie w naszych łóżkach, ciekawe o czym śniliśmy ?....

 

c.d.n ....